ACTA

27 stycznia 2012 (piątek), 10:40

                    Na całym świecie budzi wiele emocji walka internautów o ACTA umowę w walce z piractwem i podróbkami. Stany Zjednoczone niby kolebka wolności, a potrafią coś takiego zrobić. (?!). Rację miał Karlheinz Deschner w książce „Moloch” odsłaniając prawdziwe oblicze tego kraju. Stany Zjednoczone i reszta skomercjalizowanego świata stosują moralność Kalego. Kościuszko i Pułaski w grobach się przewracają „patrząc z góry” na to co się dzieje. Potwierdza to bezsens walki, poświęcanie życia dla najbardziej szlachetnych celów. Wzorem godnym do naśladowania jest Ubuntu Linux wolne oprogramowanie, którym się posługuje od kilku lat. Miliony internautów pracują nad ulepszaniem tego systemu i chwała im za to. Okazuje się, ze można inaczej!

Najlepsze zyczenia z okazji nadchodzących swiat

23 grudnia 2011 (piątek), 6:49

zyczenia-z-okazji-swiat-24122011.png

Problem racjonalnosci wierzen religijnych - Marian Przelecki

2 listopada 2011 (środa), 11:21

1 Problem racjonalności wierzeń religijnych - Marian Przełęcki

Racjonalizm ma ostatnio złą prasę. Nie tylko odżegnują się od niego co bardziej wpływowi myśliciele, lecz i samo pytanie o racjonalność pewnych poglądów czy postaw traktowane bywa nierzadko jako naiwność lub zgoła nietakt. W polskich kręgach intelektualnych takie reakcje spotykamy przede wszystkim w odniesieniu do poglądów i postaw religijnych. W swej głośnej książce poświęconej filozofii religii Leszek Kołakowski usiłuje okazać, że zarzut irracjonalizmu stawiany wierzeniom religijnym pozbawiony jest rzeczowych podstaw, nie będąc w gruncie rzeczy niczym więcej niż wyrazem arbitralnej filozoficznej opcji. 1 Z kolei autor artykułu, jaki ukazał się niedawno w Polityce problem racjonalności światopoglądu religijnego uważa za temat „wczorajszy” i „anachroniczny”.2 Nie zgadzam się, jak się łatwo domyślić, z takim stawianiem sprawy. Pojęcie racjonalności skłonny jestem zaliczać do podstawowych pojęć filozoficznych, a kwalifikację czyichś poglądów czy zachowań pod względem ich racjonalności uważam za stwierdzenie doniosłe zarówno z teoretycznego, jak i praktycznego punktu widzenia. Mam nadzieję, że dalsze rozważania dostarczą dodatkowych argumentów na rzecz takiego stanowiska. Trudno się też zgodzić z tym, aby miały istnieć w tej dziedzinie jakiekolwiek „immunitety”, rodzaje postaw czy poglądów wyjęte z jakichś względów spod krytycyzmu usiłującego ocenić stopień ich racjonalności. Nie powinny do nich należeć w żadnym razie postawy i poglądy religijne. Nie ma, moim zdaniem, żadnych racji, które by mogły uzasadniać powstrzymanie się od stosowania do tego rodzaju przekonań kryteriów racjonalnego myślenia i działania. Spróbujemy je też zastosować w naszych rozważaniach, usiłując odpowiedzieć w ich wyniku na pytanie: czy wiara religijna zasługuje na miano myślenia racjonalnego? Jest rzeczą jasną, że na tak postawione pytanie nie sposób udzielić odpowiedzi jednoznacznej – przede wszystkim dlatego, że niejednoznaczny jest sens samego pytania. Ta niejednoznaczność ma źródło w nieokreśloności obu podstawowych pojęć, które występują w jego sformułowaniu: pojęcia racjonalności i pojęcia wierzenia religijnego. Oba z nich wymagają jakiejś precyzacji i od wyniku tej precyzacji zależy, jak zobaczymy, w sposób istotny rozstrzygnięcie owego pytania. Rozstrzygnięcie to zależne okazuje się również od pewnych ogólnych założeń natury teoriopoznawczej i metodologicznej; będzie jeszcze o nich mowa w toku dalszych rozważań. Tym, co przede wszystkim wymaga wstępnej chociażby analizy, jest kluczowe dla całości problemu pojęcie racjonalności.1 L. Kołakowski, Religion, Glasgow 1982.
2 J. Olbrycht, „Dwa humanizmy”, Polityka 1987, nr 24.

2 Nie o pojęciu zresztą, ale o pojęciach wypada tu mówić. Dwa co najmniej znaczenia terminu „racjonalność” zwykło się wyróżniać w tego rodzaju kontekstach. Jedno z nich stosuje się wyłącznie do myślenia, drugie - do wszelkiego działania czy zachowania. Nazwijmy ową racjonalność myślenia racjonalnością logiczną, a racjonalność działania racjonalnością pragmatyczną. U podstawy tego odróżnienia leży odróżnienie dwóch racji przemawiających za przyjęciem danego przekonania: racji logicznych i racji pragmatycznych. Mówimy, że przyjęcie danego przekonania jest racjonalne logicznie, gdy istnieją wystarczające racje logiczne przemawiające za jego przyjęciem; jest zaś racjonalne pragmatycznie, gdyż przemawiają za nim dostatecznie mocne racje pragmatyczne. Niepodobna w tym miejscu poddawać analizie fundamentalnych dla tej koncepcji pojęć racji logicznej i racji pragmatycznej. Pozostaje odwołanie się do pewnych istniejących teorii, które to w jakimś stopniu próbują uczynić. Logika – ściślej logiczna metodologia – usiłuje wyjaśnić pojęcie racji logicznej, a teoria decyzji jest jedną z tych dyscyplin, które przedmiotem swych dociekań czynią pojęcie racji i racjonalności pragmatycznej. Ograniczmy się w chwili obecnej do stwierdzenia, że racje logiczne przemawiające za danym przekonaniem – to racje uzasadniające to przekonanie. Przyjęcie danego przekonania jest więc logicznie racjonalne wtedy, gdy jest to przekonanie dostatecznie uzasadnione. Metodologia logiczna usiłuje (na różne sposoby zresztą) określić, na czym owo „dostateczne uzasadnienie” miałoby polegać. Zakłada się przy tym na ogół nie tylko stopniowalność owych uzasadnień, lecz i stopniowalność siły naszych przeświadczeń. Przy tych założeniach kryterium racjonalności logicznej formułuje się najczęściej, jak następuje: Przyjęcie danego przekonania jest logicznie racjonalne wtedy, gdy stopień przeświadczenia o tym, że jest tak, jak głosi to przekonanie, jest równy stopniowi uzasadnienia owego przekonania.
3 Wrócimy jeszcze do tego określenia racjonalności logicznej w dalszym ciągu dyskusji. Przeciwstawmy mu teraz tę wersję racjonalności pragmatycznej, którą próbuje się uchwycić za pomocą aparatu pojęciowego współczesnej teorii decyzji. 4 Za punkt wyjścia przyjmuje się tu pojęcie decyzji, a więc pewnego aktu wyboru. Wybór z kolei zakłada określony zbiór możliwych zachowań, z których jedno ma zostać podjęte. Ich skutki są przez wybierającego rozmaicie wartościowane. Racjonalność wyboru polega na maksymalizacji (w ustalonym sensie) wartości przypisywanej przez podmiot, który wyboru dokonuje, skutkom jego możliwych zachowań. W przypadku przez nas omawianym ów zbiór możliwych zachowań podmiotu działającego obejmuje przyjęcie przezeń danego przekonania, jego odrzucenie oraz powstrzymanie się zarówno od
3 Ów stopień przeświadczenia utożsamia się niekiedy z tzw. prawdopodobieństwem subiektywnym, a stopień uzasadnienia - z tzw. prawdopodobieństwem logicznym danego zdania ze względu na określoną wiedzę; zamiast o prawdopodobieństwie logicznym zdania mówi się też o stopniu jego konfirmacji itp.
4 Przedstawiam ją tutaj za artykułem K. Szaniawskiego „Racjonalność jako wartość”, Studia Filozoficzne l983, nr 5-6.
3 przyjęcia, jak i od odrzucenia owego przekonania. Skutki każdego z tych działań wartościowane są przez podmiot w określony sposób. Przyjęcie danego przekonania jest więc pragmatycznie racjonalne wtedy, gdy jest to zachowanie,które maksymalizuje wartości przypisywane przez podmiot opisanym wyżej zachowaniom. Mamy tu do czynienia, nawiasem mówiąc, z innym nieco rozumieniem pojęcia akceptacji zdań, czy przekonań, niż to miało miejsce poprzednio. Tam mówiąc o przyjęciu jakiegoś zdania, mieliśmy namyśli wewnętrzne przeświadczenie, że jest tak, jak to zdanie głosi. Tutaj przez przyjęcie danego zdania rozumie się decyzję traktowania tego zdania jako podstawy naszego życia i działania. W przeciwieństwie do poprzedniego pojęcia tak rozumiana akceptacja przekonań wydaje się niestopniowalna, a przy tym zależna bezpośrednio od naszej woli. W myśl omawianej koncepcji racjonalność danego zachowania – polegającego, w szczególności, na przyjęciu pewnego przekonania – zrelatywizowana zostaje, jak widać, do wartościowań podmiotu działającego. Od tego, co to są za wartościowania i jaka jest ich hierarchia, zależna jest ocena racjonalności konkretnego działania. Zwróćmy uwagę na to, że jedną z owych wartości przypisywanych przez podmiot zachowaniom polegającym na akceptacji przekonań może być – i zwykle bywa – ich racjonalność logiczna. Nie jest to jednak z pewnością wartość jedyna. Toteż kryterium racjonalności pragmatycznej jest w pewnym sensie kryterium nadrzędnym wobec kryterium racjonalności logicznej. Może ono, na przykład, zadecydować o tym, że pewne zachowanie nieracjonalne logicznie będzie mimo to zachowaniem racjonalnym pragmatycznie. Wydaje się, że z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku pewnych wierzeń religijnych. Aby się jednak o tym przekonać, trzeba przyjrzeć się nieco bliżej rodzajom wierzeń składających się na to, co określane bywa jako wiara religijna. Są to niewątpliwie wierzenia bardzo różnorodne. Różni je nie tylko ich teoretyczna treść, ale i stopień jej określoności, jak również stopień pewności, z jaką są wyznawane. Wypada na tym miejscu wspomnieć między innymi o stanowisku interpretującym wiarę religijną jako pewien fenomen po zapoznawczy. Nie obejmuje ona, zgodnie z tą interpretacją, jakichkolwiek przekonań, lecz sprowadza się wyłącznie do pewnych postaw emocjonalno-wolicjonalnych, takich jak postawa ufności, miłości czy afirmacji. Twierdzi się, że wiara religijna to nie tyle „wiara w Boga”, co „wiara Bogu” – akt zaufania, zawierzenia Bogu. Stanowisko to wydaje się jednak trudne do utrzymania. Za owymi postawami bowiem kryją się z konieczności określone przekonania. Ufam zawsze komuś, kocham kogoś, a więc muszę wierzyć co najmniej w istnienie przedmiotu moich uczuć; a afirmacja - to chyba również jakieś przekonanie (o charakterze oceniającym). Jakkolwiek by się zresztą ta sprawa przedstawiała, dalsze rozważania ograniczymy z góry do takiej interpretacji wiary religijnej, przy której pewne przekonania religijne stanowią jej składnik
4 istotny. Przekonania te, jak wspomnieliśmy, mogą mieć treść bardzo różnorodną. Ich element wspólny charakteryzuje się nieraz ogólnikowo jako „wiarę w Boga”, co niewiele wnosi do ich precyzacji. Może to być równie dobrze wiara w Boga chrześcijan, jak i w Boga panteistów; co więcej, może to być wiara w jakąś nieokreśloną bliżej „rzeczywistość wyższą” czy też jedynie w „pozytywny ens świata” – bo i takie jej interpretacje spotykamy w rozważaniach współczesnych. Nas ze zrozumiałych względów interesuje najbardziej ten rodzaj wiary religijnej, z którym stykamy się na co dzień. Na nim też przede wszystkim chciałbym skupić uwagę w tej dyskusji. Powiedzenie, że jest to wiara katolicka, w dalszym ciągu dopuszcza różne interpretacje. Nie wystarcza, jak się wydaje, wyjaśnienie, iż jest to wiara w Boga takiego, o jakim mówi Pismo Święte, bo słowa Pisma Świętego można odczytywać na różne sposoby – w szczególności, z różnym stopniem dosłowności. Możliwe – i faktycznie spotykane – są interpretacje metaforyczno-symboliczne, które mitowi religijnemu zawartemu w Piśmie Świętym nadają pewien ogólny sens moralno-metafizyczny. Wiara katolicka natomiast, o której tu mówimy, opiera się na takiej interpretacji Pisma Świętego, jaką podaje Kościół katolicki; może więc być określona jako wiara w Boga takiego, o jakim mówi Kościół. Jest to, rzecz jasna, interpretacja historycznie zmienna i również daleka od jednoznaczności. Przy całej swej nieokreśloności i zagadkowości jednak jest to interpretacja znacznie bardziej rygorystyczna i dosłowna niż pozostałe. Nie tylko nie sprowadza wiary religijnej do pewnych ogólnikowych intuicji moralno-metafizycznych, lecz z wielką stanowczością broni literalnej wykładni pewnych stwierdzeń kluczowych, zaliczanych do tak zwanych dogmatów. Oto jak ujmuje tę sprawę współczesny intelektualista katolicki.  „Ze strony Kościoła musimy mieć pewność co do doktryny. Pewność co do jego nieomylności, pewność co do sakramentów i pewność co do Zmartwychwstania. Albo Kościół jest nieomylny, czyli boski, albo go nie potrzebujemy bardziej niż innych instytucji o szlachetnych celach i «autorytecie moralnym»; albo Jezus Chrystus jest prawdziwie i zawsze obecny w Eucharystii, albo msza święta jest tylko symbolicznym teatrem; albo Jezus Chrystus prawdziwie powstał z martwych, albo jeśli nie powstał, «próżne jest przepowiadanie nasze, próżna jest i wiara nasza»„. „Stanowczy i jasny w tych trzech punktach” jest – zdaniem autora – Jan Paweł II. Wiarę katolicką charakteryzuje autor ogólnie jako „wiarę w słowo Kościoła, że prawdziwie pochodzi od Chrystusa i prawdziwie przekazuje słowo Jego, i w słowo Chrystusa, że prawdziwie przyszedł od Boga i prawdziwie przekazał Jego słowo”. Prócz tak rozumianej treści wierzenia religijne cechować ma również określony stopień pewności, z jaką są przez wierzących akceptowane. Nazywając je dogmatami, przyjmujemy tym samym, że w przeświadczeniu wierzących przysługuje im pewność całkowita. „Wiara
5  A. Kijowski, Tropy, Poznań 1986.
5  jest to ufność podniesiona do stopnia pewności.” – stwierdza cytowany autor. Zapytajmy zatem, czy tak określona wiara religijna może spełniać kryteria racjonalnego myślenia i zachowania. Weźmy pod uwagę przede wszystkim pojęcie racjonalności logicznej. Czy pojęcie religijnego przekonania może być aktem logicznie racjonalnym? Aby tak było, musi to być przekonanie „dostatecznie uzasadnione” – zgodnie z ogólnym kryterium racjonalności logicznej przytaczanym poprzednio. Na czym by jednak polegać miało owo uzasadnienie w przypadku wierzeń religijnych? Ponieważ nie sposób przy tej okazji wchodzić głębiej w tę sprawę, ograniczyć się muszę do paru uwag, z konieczności schematycznych i uproszczonych. Odróżniamy, jak wiadomo, dwa rodzaje uzasadnienia: uzasadnienie bezpośrednie i pośrednie. Pierwsze odwołuje się bezpośrednio do doświadczenia, drugie – do innych twierdzeń już uzasadnionych, z których w drodze wnioskowania wyprowadza się twierdzenie żądane. Nazwijmy scjentyzmem stanowisko, które dopuszcza takie tylko rodzaje doświadczenia i sposoby wnioskowania, jakie akceptuje nauka (nie są one zresztą niczym innym jak pewną idealizacją procedur stosowanych w myśleniu potocznym). Powstaje pytanie, czy uzasadnienie wierzeń religijnych ograniczone ma być do owych procedur scjentystycznych. Ci, którzy przyjmują takie ograniczenie, przesądzają tym samym sprawę racjonalności logicznej wierzeń religijnych, najszerzej nawet rozumianych. Ich przyjęcie nie może być aktem logicznie racjonalnym, gdyż nie ulega wątpliwości, że nie są to twierdzenia, które by mogły być „dostatecznie uzasadnione” za pomocą scjentystycznych procedur uzasadniania. Nie ma dziś chyba nikogo, kto by kwestionował tę konkluzję. Najlepszym jej potwierdzeniem jest fakt, że nauka twierdzeń takich w rzeczywistości nie akceptuje. Toteż współcześni obrońcy racjonalności wierzeń religijnych zwracają się stanowczo przeciwko tak rygorystycznej koncepcji uzasadniania. Ograniczenie wszelkiego uzasadniania do uzasadniania typu scjentysty traktuje Leszek Kołakowski jako wyraz całkowicie arbitralnej filozoficznej opcji.6 Głosząc, iż „rozum” powinien znać swe granice, Władysław Stróżewski postuluje specyficzne metody poznania dla takich obszarów badania, które niedostępne są poznaniu naukowemu.77 Może tu chodzić zarówno o pewne specyficzne rodzaje doświadczenia bezpośredniego, jak i o pewne specyficzne sposoby wnioskowania. Ponieważ są to sprawy niezależne, otrzymujemy w rezultacie trzy możliwe – i faktycznie reprezentowane – stanowiska antyscjentystyczne: uznające bądź specyficzne źródła doświadczenia, bądź specyficzne sposoby wnioskowania, bądź jedne i drugie zarazem. Jakiego rodzaju doświadczenia ma się tu na myśli? Czy istnieje w szczególności coś takiego jak bezpośrednie doświadczenie religijne?
Stanowiska 6 L. Kołakowski, Religion.
7 W. Stróżewski, „Racjonalizm i metaracjonalizm”, Studia Filozoficzne 1983, nr 5-6.

6 Stanowiska filozofów w tej sprawie są podzielone, a różnice te mają dla dyskutowanego przez nas problemu znaczenie istotne. Należy przede wszystkim odróżnić coś, co by nazwać można było doświadczeniem religijnym w sensie szerszym od doświadczenia religijnego sensu stricto. Pierwsze z nich wydaje się o wiele mniej problematyczne niż drugie, ale też jest przeżyciem o wiele mniej określonym i pozbawionym treści specyficznie religijnych. Traktuje się je na ogół jako szczególny rodzaj doświadczenia metafizycznego czy egzystencjalnego (a niekiedy nawet moralnego lub estetycznego) i charakteryzuje ogólnikowo jako poczucie dotyczące obecności w świecie pewnych doniosłych, lecz trudno uchwytnych wartości - poczucie „świętości” świata, jego „ukrytego sensu”, poczucie „gruntu”, „dna”, „drugiego planu” istnienia itp. Literatura piękna przynosi subtelne i wnikliwe opisy tego rodzaju wewnętrznych doświadczeń (wystarczy wymienić dla przykładu przeżycia rannego księcia Andrzeja na polu bitwy pod Austerlitz czy metafizyczne „iluminacje” bohaterów Iwaszkiewiczowskiej Brzeziny lub Młyna nad Utratą). W odróżnieniu od tego rodzaju ogólnych i nieokreślonych bliżej doświadczeń, doświadczenia religijne sensu stricte cechować ma poczucie obecności Boga w bardziej dosłownym – najczęściej „osobowym” – rozumieniu tego terminu. Szczytowym rodzajem takich doświadczeń, dostępnym tylko dla „wybranych”, mają być doświadczenia mistyczne, których istotę stanowić ma akt bezpośredniego obcowania, a nawet zjednoczenia z Bogiem. I w tym przypadku jednak mówi się niekiedy o doświadczeniach mistycznych w sensie szerszym, nie specyficznie religijnym. William James charakteryzuje je jako „odczucia rozszerzenia, zjednania i wyzwolenia się”, „zlewania się w jedno z Absolutem” itp.
8
Koncepcja doświadczenia religijnego budzi na ogół wątpliwości dwojakiego rodzaju. Pierwsze z nich dotyczą wszelkich doświadczeń tego typu i polegają na kwestionowaniu ich wartości poznawczej. Nie neguje się tu oczywiście istnienia samych przeżyć – określonych poczuć i emocji, odmawia się im jednak charakteru przeżyć poznawczych. Nie będąc przeżyciami poznawczymi, nie mogą tym samym dostarczać bezpośredniego uzasadnienia dla jakichkolwiek twierdzeń. Problem jest zbyt trudny, aby rozważać go w tym miejscu. Wypada więc poprzestać na gołosłownej deklaracji. Otóż argumenty przemawiające przeciwko poznawczej wartości doświadczenia religijnego nie wydają mi się dostatecznie przekonujące. Przyjmuję w związku z tym na czas dalszych rozważań założenie, że to, co się nazywa doświadczeniem religijnym, ma w istocie charakter pewnego – mniej lub bardziej wiarygodnego – poznania. Czynię tak również dlatego, że w przypadku fałszywości tego założenia konkluzje naszych rozważań zachowałyby swój walor a fortiori. Drugi rodzaj obiekcji dotyczy owego doświadczenia religijnego sensu stricto. Podaje on w wątpliwość rzekomą bezpośredniość takiego doświadczenia. Nie
8 W. James, Doświadczenia religijne. Warszawa 1918
7 wydaje się w istocie, aby treść tego typu doświadczeń mogła być dana w jakimkolwiek bezpośrednim przeżyciu. Jest ona raczej rezultatem – mniej lub bardziej świadomej – interpretacji tego, co jest bezpośrednio dane. Interpretacja ta oparta jest zawsze na pewnym systemie uprzednio już przyjętych wierzeń religijnych. Dotyczy to między innymi specyficznie religijnych doświadczeń mistycznych. Mistyczna „unia” z Chrystusem może mieć miejsce tylko u tych, którzy już w boskość Chrystusa wierzą. Tak więc owe doświadczenia religijne sensu stricto nie mogą z natury rzeczy stanowić bezpośredniego uzasadnienia wierzeń religijnych, skoro same takie wierzenia zakładają. W sposób przekonujący podkreśla ten fakt Stanisław Rainko twierdząc, iż „to nie doświadczenie religijne poprzedza religię, to religia poprzedza doświadczenie religijne”.
9 Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem – przy założeniu, że chodzi tu o doświadczenie religijne w znaczeniu ściślejszym. W wyniku dotychczasowych rozważań wypadnie więc przyjąć, że jedynie doświadczenia religijne w owym sensie szerszym mogą rościć sobie pretensje do tego, aby stanowić uzasadnienie bezpośrednie pewnych wierzeń religijnych. Ze względu na charakter tych doświadczeń może chodzić tu wyłącznie o wierzenia religijne w najluźniejszym tego słowa znaczeniu, a więc pewne przekonania raczej o treści meta-fizyczno-moralnej niż specyficznie religijnej. Z całą pewnością nie należą do nich wierzenia takie jak dogmaty religii katolickiej. Te mogą być uzasadniane co najwyżej w sposób pośredni. Czy istnieją jednak w ich przypadku takie sposoby uzasadniania? Gdybyśmy się mieli ograniczyć do scjentystycznych sposobów uzasadniania pośredniego, wypadłoby nam najpewniej odpowiedzieć przecząco. Próbują co prawda niektórzy traktować system wierzeń religijnych jako hipotezę wyjaśniającą całość naszego doświadczenia (z doświadczeniem moralnym, estetycznym i metafizycznym włącznie).10 Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że tego rodzaju hipoteza nie spełnia tych wymagań metodologicznych, jakie stawia się w nauce hipotezom wyjaśniającym. Jej przyjęcie wymaga więc istotnego rozluźnienia owych kryteriów. Inni postulują jako specyficzny sposób uzasadniania pośredniego przekonań takich jak wierzenia religijne procedurę „rozumienia”, której zadaniem ma być uchwycenie ukrytego sensu tego, co dane nam jest w naszym doświadczeniu metafizycznym, czy egzystencjalnym.”11 Czy mamy jednak prawo utrzymywać, że tego rodzaju metody stanowią istotnie sposoby uzasadniania wierzeń religijnych? I czy mogą dostarczyć tym wierzeniom uzasadnienia, które by można uznać za „dostateczne”? Tylko wtedy bowiem ich przyjęcie mogłoby uchodzić za akt logicznie racjonalny. Wobec notorycznej niejasności wchodzących w grę pojęć sprawa wydaje się zasadniczo
9 S. Ramko, „On Leszek Kołakowski’s views on religion”, Dialectics and Humanism 1986, nr l.

10 Por. np. J. M. Bocheński, „Some problems for a philosophy of religion”,[w:] Religious experience

and truth, New York 1961.

11 W. Stróżewski, „Racjonalizm i metaracjonalizm”.

8 nierozstrzygalna. Nie widzę przy tym takich możliwości sprecyzowania tych pojęć, które by pozwalały na jej rozstrzygnięcie pozytywne. Z wszelką pewnością natomiast zmuszeni jesteśmy wierzeniom takim jak dogmaty religijne odmówić racjonalności logicznej na gruncie tego jej kryterium, które uwzględnia stopień przeświadczenia o prawdziwości uzasadnianego twierdzenia. Stopień ten, jak wiemy, ma być dostosowany do stopnia faktycznego uzasadnienia owego twierdzenia. Otóż w przypadku wierzeń religijnych takich jak dogmaty wiary katolickiej z góry stwierdzić można, że stopnie te pokrywać się nie mogą. Nawet jeśli przyjmiemy, że sposoby dochodzenia do tych twierdzeń dostarczają im jakiegoś uzasadnienia, nigdy nie będzie to uzasadnienie całkowite. Przeciwnie, z uwagi na ryzykowność owych procedur jego stopień będzie z reguły niezmiernie niski. Tymczasem dogmaty religijne charakteryzują się, jak to się wyraźnie stwierdza, pewnością całkowitą. Wierzący ma być o ich prawdziwości w pełni przeświadczony. „Artykuł wiary” to najgłębsze przekonanie, a nie na próbę przyjęta hipoteza. Ów rozziew między stopniem pewności wierzeń religijnych a stopniem ich uzasadnienia jest zasadniczo nieusuwalny, gdyż w nim właśnie upatrywać można jedną z cech definicyjnych tego, co określa się mianem „wiary religijnej”. Nie nazywamy z reguły wiarą przekonania przyjmowanego z takim tylko stopniem pewności, na jaki z racji swego uzasadnienia zasługuje. Wiara – to przekonanie przyjęte bez dostatecznych racji uzasadniających, to „nadzieja podniesiona do stopnia wiedzy”.12 Na tym polegać ma zasługa wierzącego: jego „cnota wiary”. „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Ten, kto przyjmuje taką koncepcję wiary religijnej, przesądza zatem z góry sprawę jej racjonalności logicznej. Akt wiary staje się ex definitione aktem logicznie nieracjonalnym. Konkluzja ta nie obejmuje, zauważmy, owych wierzeń religijnych najszerzej rozumianych. Ich treść – moralno-metafizyczna raczej niż ściśle religijna – może być, jak to zakładaliśmy, dana w bezpośrednim doświadczeniu o podobnym, ogólno-filozoficznym charakterze. To, że ta treść jest nam dana w sposób bezpośredni, nie oznacza bynajmniej, że jest nam dana w sposób pewny. Toteż przekonania będące wyrazem tego rodzaju doświadczenia mogą być logicznie racjonalne tylko wtedy, gdy dalekie są od całkowitej pewności. To poczucia raczej, czy intuicje, niż wierzenia w dosłownym znaczeniu. Tak więc konkluzja rozważań dotychczasowych dotycząca tego rodzaju wierzeń religijnych, które stanowią główny przedmiot naszej uwagi, jest zdecydowanie negatywna. Wiara w to wszystko, co Kościół do wierzenia podaje, jest nie do pogodzenia z wymaganiami racjonalności nazwanej przez nas logiczną. Nie jest to jednak, jak wiemy, jedyne pojęcie racjonalności. Wyróżniliśmy obok niego pojęcie racjonalności nazwanej pragmatyczną, podkreślając jego nadrzędny 12 A. Kijowski, Tropy, op. cit. 9 wobec tamtego pojęcia charakter. Racjonalność logiczna uznawana jest powszechnie za jedną z wartości przysługujących naszemu myśleniu lub – ogólniej – naszemu zachowaniu. „Trudno podważalna – przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym – wydaje się teza, że racjonalność myśli jest wartością autonomiczną, jest czymś, o co należy zabiegać niezależnie od ewentualnych pożytków praktycznych, jakie płyną z poglądów spełniających wymogi racjonalności”13. Ale racjonalność logiczna nie jest z pewnością wartością jedyną. Nie jest również – przynajmniej w odczuciu potocznym – wartością dominującą, a więc taką, która w każdym przypadku przeważa wszystkie inne. Oceniając racjonalność pragmatyczną danego działania, bierzemy pod uwagę wszystkie wartości, jakie podmiot tego działania przypisuje swoim możliwym zachowaniom. Działanie jest racjonalne pragmatycznie, jeśli – mówiąc swobodnie – jest zachowaniem ocenianym najwyżej ze względu na wszystkie owe wartości. Ta ocena racjonalności zachowania nie jest więc, jak podkreślaliśmy uprzednio, oceną absolutną; jest oceną zrelatywizowaną do wartościowań podmiotu działającego. To samo dotyczy oceny racjonalności pragmatycznej zachowań polegających na akceptacji pewnych wierzeń religijnych. Od tego, jaki system wartości wyznaje człowiek wierzący, zależy ocena racjonalności jego postawy intelektualnej. Jest rzeczą zrozumiałą zatem, że w określonym przypadku ocena ta może wypaść pozytywnie. Sytuacja taka wydaje się typowa dla tych przypadków wierzeń religijnych, które w dyskusji tej mamy przede wszystkim na oku. Potwierdza to rodzaj argumentacji przytaczanej na poparcie owych wierzeń. Wśród argumentów, którymi posługują się współcześni intelektualiści katoliccy, przeważają argumenty odwołujące się do racji pragmatycznych raczej niż logicznych. Za wiarą religijną mają przemawiać nie tyle względy w ścisłym tego słowa znaczeniu uzasadniające, co takie czy inne „owoce wiary”. Jednym z klasycznych prekursorów takiego stanowiska był, jak wiadomo, William James, który do owych „owoców wiary”, mających usprawiedliwiać jej przyjęcie, zaliczał – najogólniej mówiąc – „szczęśliwość”, charakteryzowaną przez elementy takie, jak „stan zaufania, spokojnej pewności i jedni ze wszystkimi rzeczami”, „samo-wyniesienie i wolność”, „uczucia miłości i zgody” itp. Podkreślał, że religia zapewnia „pomoc moralną”, umożliwia „integrację rozdwojonego ja” i jest źródłem „świętości”, która jest „niezbędna dla pomyślnego rozwoju świata”.14 Myślicielowi temu wtóruje dziś - obcy mu chyba skądinąd - pisarz katolicki, który wartość wiary religijnej widzi, za św. Augustynem, w tym, iż wiara ta jest „lekarstwem na zwątpienie”, daje „pokój serca i radość”, „utwierdza nas w naszych nostalgiach i aspiracjach najwyższych”.15 Leszek Kołakowski z kolei utrzymuje, że za wyborem opcji 13 K. Szaniawski, „Racjonalność…” 14 W. James, Doświadczenia religijne. Warszawa 1918. 15 A. Kijowski, Tropy.
1 religijnej stoi nasza potrzeba wiary w sens świata i własnego życia; tylko ta opcja bowiem może nadać nieprzemijające znaczenie naszemu życiu i naszej twórczości. Świat bez Boga – „zmierzający donikąd, kończący się w nicości” – jest światem absurdalnym.16 Taki też rodzaj argumentacji przemawiającej za wiarą religijną postuluje „oficjalnie” kardynał Koenig, który w swej wypowiedzi O dialogu z ateizmem stwierdza wprost: „Dialog doktrynalny z ateistami ma uświadomić im, że religia jest duchową potrzebą człowieka w każdej społeczności”. Zaspokojenie owej duchowej potrzeby jest niewątpliwie pewną doniosłą wartością - różną od wartości polegającej na racjonalności logicznej naszej postawy intelektualnej. To, która z tych wartości przeważy w sytuacji, kiedy wartości owe pozo-stają z sobą w nierozwiązywalnym konflikcie, zależne jest od wyznawanej przez nas hierarchii wartości. Wstrzymując się na tym miejscu od głoszenia określonego systemu wartości, sprawę tę pozostawić musimy otwartą. Ograniczę się w związku z tym do jednej tylko uwagi. Ci, którzy ponad wszystko skłonni są przedkładać wartość racjonalności logicznej i dla jej ocalenia gotowi są wyrzec się wiary religijnej wraz z wszelkimi jej „owocami”, traktują ową wartość z reguły jako pewną wartość moralną. Jest to zrozumiałe z uwagi na to, że wartości moralne właśnie zajmują w systemach wartości naszego kręgu kulturowego pozycję dominującą. Upatrywanie w racjonalności logicznej pewnej wartości moralnej staje się naturalne w systemach etycznych typu „godnościowego”, racjonalność ta bowiem związana się wydaje nierozerwalnie z godnością człowieka jako istoty myślącej. Akceptacja przekonań, za którymi nie przemawiają dostateczne racje logiczne, wydaje się czymś niegodnym istoty rozumnej. Człowieka obowiązuje „lojalność wobec własnego rozumu”– jak pisał (w swym poprzednim „wcieleniu”) Leszek Kołakowski.17 Pewnym paradoksem jest przy tym fakt, iż owe systemy etyki „godnościowej” reprezentowane są dziś głównie przez „oficjalne” (to jest głoszone przez Kościół) systemy etyki katolickiej, w których pojęcie godności człowieka odgrywa rolę kluczową. Warto zauważyć, że inaczej przedstawia się ta sprawa na gruncie etyki chrześcijańskiej typu „altruistycznego”, w której pojęcie godności (a w konsekwencji i racjonalności logicznej) nie ma charakteru dominującego, gdyż „miłości bliźniego” nie uzasadnia się tu przysługującą mu „ludzką godnością”. Konkluzja naszych rozważań dopuszcza zatem sytuację, w której ogół wartościowań danego podmiotu przemawia za akceptacją przez niego określonych wierzeń religijnych, gdyż nieracjonalność logiczna takiej decyzji zrekompensowana zostaje przez inne wartości przypisywane jej przez podmiot. Decyzja ta – choć nieracjonalna logicznie – uznana być musi za racjonalną w sensie pragmatycznym. Jedno zastrzeżenie wydaje się tutaj niezbędne. 16 17 L. Kołakowski, Religion.
Światopogląd i życie codzienne, Warszawa 1957, PIW, s.154. 1 Zakładane przez tę koncepcję wartościowanie naszych możliwych zachowań dotyczy, jak widzieliśmy, nie tyle samych tych zachowań, ile ich domniemanych skutków. Wydaje się zatem, że ocena pragmatycznej racjonalności danej decyzji zależeć winna również od tego, czy logicznie racjonalne są nasze przekonania o zachodzeniu owych domniemanych skutków – a więc, czy dostatecznie uzasadnione jest nasze przeświadczenie o tym, że wiara religijna przynosi w istocie oczekiwane przez nas „owoce”. Konkluzja naszych rozważań nasuwa jednak wątpliwość natury bardziej zasadniczej, o której wspomnieć chciałbym na zakończenie tych wywodów. Czy w sytuacji, o którą tu chodzi, może być mowa o jakiejkolwiek decyzji? Czy to, w co wierzymy, zależy w ogóle od naszych postanowień? Czy wiara może być aktem woli? Lapidarny wyraz tej wątpliwości dał Stanisław Lem, mówiąc (w nawiązaniu zresztą do stanowiska Leszka Kołakowskiego), iż „nie można uwierzyć w Pana Boga tylko od wiedzy, że to nam dobrze zrobi”.18 Różnie próbuje się odpowiadać na tę wątpliwość. Cytowany już przez nas parokrotnie Andrzej Kijowski daje odpowiedź twierdzącą. Głosi otwarcie, iż „zamiast o wierze odzyskanej czy też o powrocie do wiary należy mówić o postanowieniu wiary”, i posługuje się konsekwentnie wprowadzonym przez siebie określeniem „wiara postanowiona”.19 Niektórzy jednak inaczej stawiają sprawę. Idąc w tym za Pascalem, przyznają, że nie wystarczy chcieć uwierzyć, aby uwierzyć naprawdę, gdyż wiara jest aktem niezależnym bezpośrednio od naszej woli. Nie będąc jednak zależna bezpośrednio, jest zależna w sposób pośredni. Zamiast postanawiać wierzyć, że jest tak a tak, należy postanawiać żyć tak, jak gdyby się wierzyło, że jest tak a tak. Autentyczna wiara ma być następstwem takiego sposobu życia. Aby wierzyć jak chrześcijanin, trzeba wprzód żyć jak chrześcijanin. Nie próbując rozstrzygać tej spornej kwestii, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na jej związek ze sprawą – podkreślanej przez nas – dwuznaczności pojęcia akceptacji przekonań. Trudność, o której mowa, powstaje tylko w stosunku do akceptacji twierdzeń religijnych rozumianej jako wewnętrzne przeświadczenie o tym, że jest tak, jak one głoszą, a nie jako decyzja przyjęcia ich za podstawę naszego życia i działania. Chciałbym na koniec dać wyraz swemu przeświadczeniu o ciążącym na każdym z nas obowiązku krytycyzmu wobec wszelkich żywionych przez nas przekonań. Nawet jeśli prawdą jest, że wiara jest aktem spontanicznym, aktem naszej woli może być ocena własnych wierzeń pod względem ich racjonalności. Poddanie ich takiej ocenie i liczenie się z jej wynikami wydaje się powinnością każdego człowieka myślącego.

18 S. Lem, [w:] S. Bereś, „Rozmowy z Lemem”, Odra 1984, nr 11.
19 A. Kijowski, Tropy.
2.11.2011 09:48:23 Skopiowałem do umieszczenia w blogu - HR

Koscielny rozbior Polski

2 listopada 2011 (środa), 7:52

GORĄCE TEMATY ­  Fakty i mity 28.10.2011

  1. Rolnicy z Bożej łaski

W śledztwie dotyczącym Komisji Majątkowej przedstawiono zarzuty kolejnym sześciu osobom.
W sposób iście cudowny – powiedzmy, że ze śląskiego śmietnika – trafiły do naszych lepkich łapek dokumenty ze śledztwa… Gliwicka Prokuratura Okręgowa ma obecnie dziewięciu podejrzanych. Najważniejsi to słynny kościelny pełnomocnik Marek P. (były funkcjonariusz SB) i reprezentujący w Komisji Episkopat mecenas Piotr P., któremu zarzucono łapówkarstwo. Ci najnowsi połakomili się na „wyłudzenie i użycie dokumentów poświadczających nieprawdę, przywłaszczenie oraz pranie pieniędzy”. Choć oficjalnie nie ujawniono, o kogo chodzi, wiemy, że sankcje (w tym zabezpieczenie mienia o wartości 29 mln zł) dotknęły miliardera Jacka D. (pięć zarzutów, cieszy się wolnością za kaucją w kwocie 200 tys. zł) oraz jego najbliższych: żony Gabrieli, syna Tomasza z małżonką Karoliną oraz córki Hanny W. z mężem Robertem (50 tys. zł kaucji). Dodajmy, że dla 26­letniego Tomasza D. nie była to pierwszyzna, bo już od lipca 2010 r. ma status podejrzanego o wyłudzenie na podstawie fikcyjnego zameldowania prawa do pierwokupu ponad 200 ha gruntów w Świerklańcu, Świętoszowicach i Czekanowie (zastosowano poręczenie w wysokości 100 tys.
zł).

2. Ziemia obiecana… Niemcom
Polscy rolnicy w walce o zakup ziemi nie mają szans, kiedy do wyścigu o hektary stają z bogatymi zagranicznymi inwestorami. A już zupełna kicha jest wtedy, gdy ci drudzy są wspierani przez Kościół katolicki.
Komisja Majątkowa przestała działać w lutym 2011 roku, ale skutki jej funkcjonowania do tej pory odbijają się czkawką Izbom Rolniczym, ziemskim właścicielom, rolnikom, a przede wszystkim sąsiadom terenu oddanego Kościołowi za bezcen.
W województwie kujawsko­pomorskim trzy parafie katolickie – pw. Świętej Jadwigi Śląskiej w Lichnowach, pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Pruszczu i pw. Matki Bożej Różańcowej w Serocku – dostały od Agencji Nieruchomości Rolnych z Bydgoszczy działkę o powierzchni prawie 100 ha. Oczywiście Kościół przejął ziemię w ramach rekompensaty za „mienie bezprawnie zabrane” w PRL – no bo jakże inaczej!

3. ZAMIAST SPOWIEDZI -Mity Kościoła
Kondycja religijna katolików polskich zawsze była kiepska – w wymiarze wiedzy religijnej, wierzeń religijnych, a zwłaszcza w powiązaniu religijności z moralnością codzienną i odświętną – w wywiadzie z „FiM” mówi profesor Józef Baniak, socjolog religii z UAM w Poznaniu.
– Porażka PiS w wyborach dziwi socjologa religii?
– Partia ta już kolejny raz przegrywa starania o przejęcie władzy w kraju. Wyborcom nietrudno ustalić powody tej klęski politycznej, chociaż członkowie PiS nie chcą przyznać się do porażki i wolą przekazywać społeczeństwu komunikat o własnej zbawczej roli, dzięki której kiedyś i tak partia odniesie wymarzony i wymodlony sukces, a naród z tego powodu odczuje pełną satysfakcję. Życie jednak idzie swoimi ścieżkami, a dominująca większość społeczeństwa nie zgodziła się już szósty raz na przekazanie władzy tym, którzy myślą o jego szczęściu według metodologii mesjanistycznej.
– Przegrał jednak nie tylko PiS, ale również niezwykle aktywnie wspierający go Kościół.
– Rzeczywiście, w drodze po władzę PiS był wspomagany przez część hierarchów i jeszcze większą liczbę księży parafialnych, a nawet zakonnych. Główną rolę jednak odegrało tu Radio Maryja z Torunia i jego szef ks. dr Tadeusz Rydzyk, przez tak liczne przemówienia i naciski wskazujący swoim słuchaczom i innym Polakom, że tylko ta partia nadaje się do władzy, a inne ugrupowania polityczne czyhają, aby wyprowadzić wszystkich na manowce. Polacy autentycznie prawdziwi nie posłuchali tej pokrętnej retoryki zbawczej; odrzucili też podszepty i nakazy wyborcze swoich duszpasterzy jakoby zatroskanych o szczęście narodu i o ład polityczny w kraju. Nie posłuchali również duchownych tak wysoko postawionych we władzy kościelnej jak biskupi. Nawet modlitwy zanoszone na antenie „katolickiego głosu w twoim domu” czy zamawiane i celebrowane msze w intencji dojścia do władzy ustawodawczej wskazywanych kandydatów PiS okazały się bezskuteczne! Trudno dziwić się tej bezskuteczności, jeśli ludzie ci nie rozumieją sensu i celu aktów religijnych tak wielkiej miary, jakimi są modlitwa czy msza, i mylą je ze strategiami politycznymi.
2.11.2011 06:32:04 Skopiowałem i wstawiam do blogu  – HR.

Czarne sny Balcerowicza - A. Ziemski

2 listopada 2011 (środa), 7:25

Czarne sny Balcerowicza – Andrzej Ziemski
www.przegladsocjalistyczny.pl
Na zdrowym ciele społeczeństwa toczy się wojna o ewentualną przyszłość neoliberalizmu w Polsce. OFE są poligonem doświadczalnym. Przy czym intencje rządu mają charakter pragmatyczny – budżet i finanse państwa są w dramatycznej sytuacji. Intencje Balcerowicza są dogmatyczne. Ograniczenie OFE do właściwym rozmiarów, po klęsce tej koncepcji, grzebie na zawsze jego wątpliwe sukcesy, jako twórcy polskiej transformacji.
Ze strony Balcerowicza to bardziej walka o pamięć w oparciu o pomnik, jakim miały być OFE dla neoliberalnego zwrotu w Polsce, niż przekonanie o powodzeniu tego przedsięwzięcia. Merytorycznie jest ono wątpliwe, jedynym beneficjentem są tutaj firmy organizujące fundusze, choć założenia teoretyczne wydają się być wspaniałe. Przyszłym emerytom można obiecać wszystko.
Kto rozliczy skutecznie aktualną ekipę za 30 lat?
Zdaniem byłego premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Balcerowicz, krytykując rządowe projekty reformy systemu emerytalnego, dezawuuje wiarygodność państwa.
­Leszek Balcerowicz jest w stanie zaprzedać duszę diabłu, żeby obronić OFE ­ tak Jan Krzysztof Bielecki ocenia krytykę rządowego projektu zmian w systemie emerytalnym przez byłego prezesa NBP. Balcerowicz zamiast obcięcia składek do OFE zaproponował własne rozwiązania. ­ To nie jest droga, która byłaby alternatywą dla rządowej ­ ocenił przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze.
Patrząc na tę wymianę uprzejmości pomiędzy dwoma zwolennikami neoliberalnego porządku widać, że ekipa rządowa zaczyna wyciągać właściwe wnioski z sytuacji finansowej państwa i dla dobra własnej formacji politycznej, mam nadzieję, że i dla dobra społeczeństwa, jest gotowa pójść na modyfikacje systemu emerytalnego i dostosowanie go, choć w minimalnym stopniu do żądań społecznych. Tym bardziej, że obrona neoliberalnego porządku, dalszej prywatyzacji i ograniczeń roli państwa w sferze ekonomicznej i socjalnej nie sprawdziła się w skali globalnej. Potwierdza to aktualna polityka ekipy Obamy w USA, czy posunięcia poszczególnych rządów w skali Unii Europejskiej.
Leszek Balcerowicz zostaje na tym polu sam.
Niektórzy w kraju i za granicą przypisują mu nową rolę, np. brytyjski dziennik „Financial Times”, napisał, że Balcerowicz przyjął w Polsce rolę opozycji. Brzmi to co najmniej groteskowo i układa się w jednym ciągu neoliberalnej gry o przetrwanie.
Jest bowiem tak, że życie zmusza kolejne rządy w świecie do odstępstw od neoliberalnej doktryny. Dziś polemiki Balcerowicza z neoliberalnym rządem PO sprowadzają się jednak jedynie do tego, jak zmienić, aby nie zmieniło się nic.
Spór dotyczy bowiem taktyki, a nie zmiany systemu i ułożenia na nowo zasad funkcjonowania państwa. Dalej prywatne firmy będą grasować, choć może w trochę mniejszym zakresie, na pieniądzach przyszłych emerytów. Nikt nie potępia spekulacji i chciwości, które są motorem działania tego prywatnego świata.
Prof. Grzegorz W. Kołodko w swej ostatnie książce, która uzyskała nagrodę miesiąca: „Świat na wyciągnięcie myśli”, stara się wskazać alternatywę dla neoliberalnego porządku. Pisze o perspektywach społecznej gospodarki rynkowej. To ciekawe przemyślenia, tym bardziej, że doświadczenia wielu krajów, np. skandynawskich potwierdzają ich słuszność.
Trzeba mieć nadzieję, że hasło formułowane przez lata, przez środowiska anty­neoliberalne,  „Balcerowicz musi odejść”, nie przestanie być aktualne, a jego rzekoma opozycyjność nie przesłoni realistycznych ocen naszej państwowej sytuacji w obszarze finansów i spraw społecznych. Tym bardziej, że Konstytucja jest tutaj jednoznaczna.
Andrzej Ziemski

Globalnie wnerwieni - Fakty i mity 28.10.2011

2 listopada 2011 (środa), 7:01

Komentarze Naczelnego ­ Fakty i mity 28.10.2011

BEZ DOGMATÓW
Globalnie wnerwieni
Pomiędzy tłumami okupującymi centra wielkich miast świata, Unią szamoczącą się z długami i Obamą, który chciałby podwyższyć podatki najbogatszym, istnieje związek: jest to szukanie wyjścia z globalnego kryzysu i rozglądanie się za winnymi.
Oburzeni
Kto by przypuszczał, że arabska wiosna ludów, która przeciągnęła się na cały rok 2011, skończy się na ulicach i placach Zachodu! Zamieszki i demonstracje, które rozpoczęły się od samospalenia wykształconego, ale sfrustrowanego i upokorzonego Tunezyjczyka, poprzez okupację kairskiego placu Tahrir, poprzez Madryt i skrzyżowania Tel Awiwu, dodarły w końcu na Wall Street i na londyńskie City. Wszędzie tam, gdzie wystąpienia miały charakter masowy, łączy je jedno – strach, frustracja i niezadowolenie klasy średniej, która czuje się zablokowana w swoich aspiracjach, oszukana, zdeklasowana i pozbawiona perspektyw. A złość i desperacja klasy średniej to poważna sprawa, bo wszystkie ważne rewolucje i przewroty ostatnich3 stuleci robiła właśnie ta grupa społeczna. To ona ma potencjał i narzędzia (w tym intelektualne) do zmiany, a nie klasy najniższe, zbyt przytłoczone biedą, walką o przetrwanie i własną bezradnością.
Kim właściwie są owi oburzeni? Czy wydarzenia w różnych krajach mają jakiś wspólny mianownik? Aktorami wydarzeń są wspomniani sfrustrowani młodzi, wywodzący się z klasy średniej lub aspirujący do niej. Polska prawica już ochrzciła ich mianem rozwydrzonych synalków i panienek z dobrych domów, którym znudził się kapitalizm. Dziennik „Rzeczpospolita” dowodzi protekcjonalnie, że młodzież ta powinna się odczepić od najlepszego na świecie systemu, czyli kapitalizmu, bo nie ma innego równie dobrego. Czyżby?
A dlaczego ludzie protestują tak masowo w Madrycie, Nowym Jorku i Izraelu, a nie w Sztokholmie, Helsinkach i Oslo?
Otóż istnieją różne systemy, rozmaite odmiany kapitalizmu i nie jest bez znaczenia, czy w danym miejscu i czasie realizuje się projekt gospodarczo ­społeczny bardziej lub mniej sprawiedliwie rozkładający szanse i możliwości awansu.

Skopiowałem: 2.11.2011 i umieszcza w blogu, jako interesujące.

List do prezesa Wojewodzkiego Zarzadu ZKRP i BWP - Tadeusza Siczka - Kilka pytan

27 października 2011 (czwartek), 21:59

Kilka pytań – 25.10.2011.

Próba podsumowania zebrania zwołanego przez prezesa Wojewódzkiego Zarządu ZKRP i BWP w dniu
25.10.2011r.

Pismem L. dz. 53/2011 zostałem wezwany na to zebranie, na którym chciałem osobiście poruszyć
najważniejszą, wg mnie, sprawę, ciągnącą się od wielu lat:
19.09.2009 r. odbyło się zebranie Sprawozdawczo wyborcze Koła Kombatantów III RP.
Po złożeniu sprawozdania z działalności Zarządu Koła prezesa inż. Stanisława Gawrońskiego,
w którym podkreślił, jakie kłopoty mieli w swojej działalności:

  •   Władze miasta od kilku lat domagają się by Koło Kombatantów opuściło zajmowany lokal
  •   Wyłączono im telefon, prąd, centralne ogrzewanie
  •   Władze państwowe i miejskie nie dają żadnych dotacji na działalność koła
  •   Cała działalność Koła oparta jest na składkach członkowskich.
  •   Wielu Kombatantów jest bardzo biednych i nie stać ich na opłacanie składek.
  •   Ze sprawozdania Komisji Socjalnej wyziera obraz przerażającej biedy w jakiej żyje wielu Kombatantów.
  •   Zgodnie z regulaminem za nie opłacanie składek powinni zostać skreśleni ze związku.
  •   Zarząd Koła w poprzednim okresie siedząc w zimnym pomieszczeniu nie zaprzestał przyznawania zapomóg najbardziej potrzebującym.

Przyznano ich kilkanaście w wysokości 200 – 300 złotych.
Zabrałem głos i powiedziałem: Wierzyć się nie chce, że to może być prawdą? Z prasy, radia i telewizji
widać, jak nasze najwyższe władze państwowe Prezydent i Rząd chlubią się dokonaniami
Kombatantów. Z jaką pompą obchodzone są rocznice, ile pomników wybudowano ku czci, ile orderów
przyznano i przypięto Kombatantom w błyskach fleszy. Czyżby to była hipokryzja?
Nam nie są potrzebne awanse i odznaczenia – chcielibyśmy tylko, żeby nas szanowano na co dzień.
W taki sposób byliśmy traktowani przez hitlerowców w czasie okupacji, w obozach po powstaniu.
Teraz to nie przystoi. Nie za taką Polskę kombatanci przelewali krew, ginęli na barykadach.

Jeżeli władze miasta, a konkretnie prezydent Adamowicz nie wie, jak jego pracownicy traktują Kombatantów, to trzeba mu o tym powiedzieć! Proponuję żeby nowo wybrany Zarząd i delegaci na Zjazd Wojewódzki, jako najważniejsze, pierwszoplanowe zadanie głośno wezwali prezydenta Adamowicza, żeby ustosunkował się do zarzutów, jakie mają Kombatanci z Koła Gdańsk ­Oliwa Południe.
Jeżeli tego nie zrobią sam będę się starał nadać bieg tej sprawie.
Ponieważ sytuacja nie uległa poprawie w dniu 19.01.2010 wysłałem na adres Prezydenta Miasta
Gdańska prośbę o interwencję i do dziś nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.

Wszystkie próby przypominania o tym skończyły się fiaskiem.
Żadnej reakcji ze strony wyższych instancji związku.
Miałem nadzieję, że na zebraniu w siedzibie Zarządu Wojewódzkiego będę mógł o ty powiedzieć, ale nie dano mi tej możliwości,
bo porządek zebrania, narzucony, nie przewidywał tego.
Obecni na tym zebraniu mogli być tylko członkowie zarządu koła i komisji rewizyjnej.
Wszyscy inni mieli opuścić salę
.
Na moje pytanie czy to zebranie jest tajne, bo żyjemy w wolnym kraju, znajduję się w urzędzie i konstytucja zezwala mi
przysłuchiwać obradom mojego związku.  p. prezes Tadeusz Siczek, w drodze wyjątku wyraził na to zgodę.

Po wprowadzeniu dowiedziałem się, że Zarząd Wojewódzki przychylił się do rezygnacji z funkcji prezesa koła w Oliwie inż. Stanisława Gawrońskiego
i do końca roku wprowadza komisarza, który oceni pracę koła i powoła nowego.
W czasie zebrania ani razu nie wspomniano, że członkowie koła po każdej rezygnacji prezesa ponownie powoływali go na tą funkcję. Wszystkie dokumenty i protokoły z tych zebrań powinny znajdować się w Zarządzie Wojewódzkim.
Jeżeli są jakieś dowody dyskredytujące St. Gawrońskiego, to należy je przedstawić, skierować do prokuratury, do sądu.
W świetle tych faktów działanie prezesa T. Siczka oceniam jako nękanie.
Moim zdaniem Związek, do którego należę powinien w pierwszym rzędzie zabiegać o poziom życia, zdrowie
i godność swoich członków, a tego nie robi
.
Dlaczego nie występuje do najwyższych władz naszego kraju: sejmu, senatu, rządu, prezydenta w tych sprawach?
Dlaczego pozwolił odebrać przywileje, jakie mieli za PRL?
Dlaczego ze wstydem muszę przyznać że za „komuny” było lepiej choć do żadnej partii przez całe życie nie należałem?
Takie to oto pytania przychodzą mi do głowy po zebraniu i lekturze miesięczników Polsce Wierni,
które czytam i skanuję i umieszczam w pamięci komputera, a co ciekawsze w Galerii.
Henryk Ryćko „Babinicz” ­ Gdańsk Oliwa – 27.10.2011.

Dlaczego musiało dojść do katastrofy smoleńskiej

1 maja 2011 (niedziela), 18:06

Raport Zespołu Ekspertów Niezależnych nie jest polemiką z technicznymi ustaleniami specjalistów polskich lub rosyjskich. Przedstawiamy w nim fakty i wskazania, co należy zrobić, aby zacząć odbudowywać rozbity system bezpieczeństwa Polski.

Marcin Gomoła  – lider ruchu Młodego Pokolenia – Pokolenie ’89, były wiceprzewodniczący KNF, prawnik

autor: Rafał Guz

źródło: Fotorzepa

Marcin Gomoła – lider ruchu Młodego Pokolenia – Pokolenie ’89, były wiceprzewodniczący KNF, prawnik

dr Przemysław Guła  – były szef Rządowego Centrum Antykryzysowego

autor: Dąbrowski Mateusz

źródło: Fotorzepa

dr Przemysław Guła – były szef Rządowego Centrum Antykryzysowego

gen. brygady Sławomir Petelicki  – twórca i dwukrotny dowódca Jednostki Wojskowej GROM

autor: Dąbrowski Mateusz

źródło: Fotorzepa

gen. brygady Sławomir Petelicki – twórca i dwukrotny dowódca Jednostki Wojskowej GROM

Jako obywatele Rzeczypospolitej mamy prawo i obowiązek zabierać publicznie głos w sprawach ważnych dla naszego państwa. Jest to bowiem dobro wszystkich Polaków okupione przez lata trudem, krwią i potem wielu pokoleń naszych rodaków, których marzeniem i życzeniem było, by kraj ten był silny, profesjonalnie zarządzany i bezpieczny.

Niestety, poziom bezpieczeństwa jest sukcesywnie obniżany, a siły i środki na nie przeznaczane – marnotrawione. Zdjęci troską o losy naszej ojczyzny i przyszłych pokoleń Polaków przedstawiamy poniższy raport.

Transport lotniczy VIP-ów w profesjonalnie zarządzanych krajach

Problem transportu najważniejszych osób w państwie pozostaje nierozwiązany od wielu lat. Na to, jak istotna jest to kwestia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, sojusznicy Polski zwracali nam uwagę już od pierwszych chwil po przełomie 1989 roku i odzyskanej wolności.

Już w 1990 r. rząd USA, w ramach wdzięczności za uratowanie oficerów CIA i DIA w Iraku, obok obniżenia o 20 miliardów dolarów długów Polski rozpoczął szkolenia kolejnych rządów RP w zakresie reagowania w sytuacjach kryzysowych (RSK) i zarządzania ryzykiem państwa (ZRP). Obecny minister obrony narodowej jeszcze jako wiceminister resortu odpowiedzialny za kontakty z NATO zapoznawany był z procedurami RSK i ZRP. W wielkich ćwiczeniach z tego zakresu, zorganizowanych w 1998 roku na terenie Polski przez USA, obok ówczesnego premiera Jerzego Buzka wzięli także udział najważniejsi z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa polscy ministrowie. Opracowano stosowne zalecenia i procedury, które miały być bezwzględnie stosowane. Wśród najważniejszych sugestii USA dla Polski jako przyszłego członka NATO było przygotowanie się do udzielania pomocy obywatelom polskim zagrożonym poza granicami kraju. Jako wzorzec przedstawiano nam działanie Izraela, który w 1976 roku dla ratowania swoich obywateli wysłał do Ugandy pięć samolotów Herkules C130 i dwa Boeing 707 (w jednym z nich był szpital, a w drugim stanowisko dowodzenia). USA zadeklarowały, że przekażą nam nieodpłatnie cztery samoloty transportowe Herkules C130. Nie przyjęliśmy tego daru. Samoloty wzięła Rumunia, która aktualnie wyprzedza nas w zakresie kompatybilności swoich struktur wojskowych z NATO. Amerykanie przekonywali nas, że konieczny jest zakup nowoczesnych samolotów, które służyłyby w razie potrzeby ewakuacji obywateli, a na co dzień transportowały najważniejsze osoby w państwie. Regułą w NATO jest pilotowanie tych samolotów przez najlepszych, specjalnie do tego wybranych i stale szkolonych pilotów wojskowych. Bo tylko piloci wojskowi potrafią lądować na terenach konfliktów zbrojnych i obsługiwać utajnioną łączność zapewniającą najważniejszym osobom możliwość kierowania państwem nawet w czasie lotów. Samoloty takie służą również do natychmiastowej ewakuacji kierownictwa państwa na zapasowe stanowisko dowodzenia.

Kwestia transportu lotniczego VIP-ów w Polsce

W 2007 roku znający zalecenia NATO minister obrony narodowej Radosław Sikorski rozpoczął procedurę przygotowania do zakupu samolotów transportowych dla VIP-ów. Kontynuował ją i doprowadził do końca jego następca śp. Aleksander Szczygło.

Do zakupu samolotów jednak nie doszło. W 2009 r. tajną decyzją, bez podania powodów, zakup unieważnił minister Bogdan Klich. Gdy dziennikarze to odkryli, minister twierdził, że na samoloty dla VIP-ów nie było pieniędzy. Skąd zatem wzięły się środki, dokładnie 635 milionów zł, na 12 samolotów M-28 Bryza, które MON zakupiło bez przetargu? Pytany o to przez posłów minister Klich stwierdził jedynie, że po katastrofie samolotu CASA dowódcy muszą latać osobno! Minister nie pamiętał o tym przed wylotem do Smoleńska zwierzchników wszystkich rodzajów sił zbrojnych Wojska Polskiego.

Dlaczego na przestrzeni tylu lat nasze władze nie były w stanie kupić samolotów dla VIP-ów? Eksperci twierdzą, że mogły w tym przeszkodzić podejrzane zobowiązania wobec producentów samolotów Embraer. Samoloty te z powodu zbyt krótkiego zasięgu (nie dolatują bez międzylądowania do USA i Afganistanu) nie spełniały wymogów przetargu. Tezę tę potwierdził także sam Bogdan Klich, po czym… wyczarterował dwa samoloty Embraer dla VIP-ów! Według Zespołu Ekspertów Niezależnych sprawę tę powinna zbadać specjalna komisja sejmowa.

Okolicznością uniemożliwiającą zakup maszyn dla VIP-ów nie był brak środków. Przez lata bowiem topiono setki milionów złotych w kosztownych remontach awaryjnych samolotów TU-154. Podobnym przykładem trwonienia publicznych pieniędzy przez rządzących jest choćby zakup za 1 mld 200 mln zł samego tylko kadłuba korwety Marynarki Wojennej „Gawron” (nową, w pełni wyposażoną korwetę można kupić za 300 mln zł). Jak wiadomo, samoloty TU-154 ostatecznie zostały wycofane z eksploatacji przez wszystkie linie lotnicze, a od 1 lipca 2011 także przez Rosyjską Federalną Agencję Transportu Lotniczego!

WNIOSEK: Gdyby zostały zakupione nowoczesne samoloty do transportu VIP-ów, gdyby wokół przetargów na maszyny tego typu nie była prowadzona cyniczna, polityczna gra, do katastrofy smoleńskiej by nie doszło. Nowoczesne samoloty nawet w takiej mgle jak w Smoleńsku „widzą” kontur lotniska.

2008 – 2010. Najczarniejszy rozdział w historii polskiego lotnictwa wojskowego w czasie pokoju

Po katastrofie wojskowego samolotu CASA, w której zginęło prawie całe dowództwo naszego lotnictwa wojskowego, minister obrony narodowej nie wyciągnął wniosków! Co więcej, doprowadził do zapaści Wojska Polskiego i degradacji elitarnego 36. Pułku Specjalnego Lotnictwa. Współwinny temu jest premier Donald Tusk, który mimo informacji, jakie dostał od wojskowych, będąc w Afganistanie, a także od generała Waldemara Skrzypczaka i na piśmie od generała Sławomira Petelickiego (za pośrednictwem ministra Boniego), nie zdymisjonował Bogdana Klicha i nie nakazał wprowadzenia koniecznych reform w Siłach Zbrojnych! Wynikiem tego zaniechania była prawie identyczna katastrofa samolotu wojskowego Tu-154 M. Z tym że tym razem, po raz pierwszy w historii wojskowości, zginęło całe dowództwo Wojska Polskiego wraz ze zwierzchnikiem sił zbrojnych – prezydentem RP – na czele.

Zaledwie na rok i dziesięć dni przed tragedią smoleńską wydarzyła się kolejna katastrofa w lotnictwie wojskowym. Podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku Marynarki Wojennej w Babich Dołach rozbił się samolot Bryza. Zginęła cała czteroosobowa załoga.

Jeszcze miesiąc wcześniej miała miejsce inna tragedia. Pod Toruniem rozbił się Mi-24 – bojowy śmigłowiec Dowództwa Wojsk Lądowych. Zginął jeden z pilotów!

Cztery katastrofy samolotów wojskowych w ciągu zaledwie dwóch lat, w których zginęło 121 osób, nie były dla premiera powodem do zdymisjonowania ministra obrony narodowej. To też jest ewenement nie tylko w historii wojskowości, ale i państwowości. A na pewno w historii NATO!

Niewyciągnięcie wniosków z kolejnych katastrof w lotnictwie wojskowym, a także polityczna bezkarność ministra obrony narodowej Bogdana Klicha przyczyniły się do tragedii smoleńskiej.

Procedury NATO. Zabezpieczenie lotu

Prezydencki lot do Smoleńska był absolutnie nieprzygotowany. Pomijając, wydaje się, coraz pewniejszą – w świetle ujawnianych przez media dokumentów – kwestię politycznego „rozgrywania” przez KPRM wizyty głowy państwa w Katyniu, przygotowanie do niej jest jednym wielkim skandalem. Służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa popełniły niewyobrażalną ilość błędów, które kompromitują Polskę jako członka NATO.

Nie sprawdzono lotniska, na którym miał lądować prezydent, najważniejsi dowódcy Wojska Polskiego i inne bardzo ważne osoby w państwie. Ani w NATO, ani w innym cywilizowanym kraju nie ma szefa służby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo najważniejszych polityków, który wydałby zgodę, aby prezydent, ministrowie i najważniejsi generałowie lecieli jednym samolotem na niesprawdzone i niezabezpieczone lotnisko polowe. Szef BOR gen. Marian Janicki nie tylko nie poniósł żadnych służbowych konsekwencji, ale wręcz został otoczony opieką przez samego premiera.

Brak ochrony kontrwywiadowczej dowódców wszystkich rodzajów sił zbrojnych WP. W profesjonalnie rządzonym państwie odpowiedzialność powinien ponieść za to szef SKW. Nie tylko jej nie poniósł, ale wręcz został wyróżniony, gdyż siedem miesięcy po katastrofie smoleńskiej prezydent Bronisław Komorowski na wniosek ministra obrony narodowej Bogdana Klicha mianował Janusza Noska generałem brygady.

Zignorowano ostrzeżenia polskiego ambasadora, że lotnisko w Smoleńsku nie nadaje się do przyjmowania ważnych delegacji z Polski, gdyż została zlikwidowana jednostka wojskowa, która dbała o jego stan.

MON zrezygnowało z rosyjskiego lidera, który wcześniej naprowadzał nasze samoloty na rosyjskie lotniska wojskowe.

MON nie przygotowało i nie zabezpieczyło lotnisk zapasowych i kłamało, że to zrobiło! Do czasu ujawnienia przez prasę stenogramu rozmów po katastrofie pokazujących, jak nieudolnie oficerowie próbowali dopisywać lotniska zapasowe. Jedno z lotnisk, które wg MON było przewidziane jako zapasowe, było w tym dniu nieczynne.

Umieszczając wszystkie tak ważne z punktu widzenia funkcjonowania państwa osoby w jednym samolocie złamano procedury NATO, wszelkie inne procedury bezpieczeństwa, a wręcz postąpiono wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Nie skoordynowano części cywilnej i wojskowej delegacji, co spowodowało bałagan organizacyjny i brak na lotnisku w Smoleńsku ochrony Żandarmerii Wojskowej dla najważniejszych generałów i ich środków tajnej łączności z NATO! W wyniku katastrofy smoleńskiej Rosja weszła w posiadanie bezcennego materiału wywiadowczego zamieszczonego na niezabezpieczonych nośnikach – ekipa kontrwywiadu wojskowego przyleciała na miejsce katastrofy wieczorem!

WNIOSEK: Gdyby służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa i jego najważniejszych osób dochowały procedur, do katastrofy smoleńskiej by nie doszło.

36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego WP

Piloci elitarnego 36. Pułku Lotnictwa Transportowego traktowani byli przez VIP-ów bez należnego im szacunku i dbałości o ich kompetencje i umiejętności. Minister obrony narodowej nie stworzył pilotom odpowiednich warunków do treningu pozwalającego sprostać ogromnej odpowiedzialności, jaką na nich nałożono. Obarczanie odpowiedzialnością pilotów za katastrofę jest ogromnym nadużyciem i niesprawiedliwością hańbiącą pamięć tych dzielnych i odważnych ludzi! Nieustanne, coraz głębsze oszczędności, niefrasobliwość w dysponowaniu publicznymi pieniędzmi przeznaczonymi na modernizację parku maszyn w 36. pułku lotnictwa musi skutkować obniżeniem jakości szkoleń. Nie ponoszą za to odpowiedzialności żołnierze, którzy nie mają możliwości odebrania należytego wyszkolenia, ale ich najwyżsi przełożeni z ministrem obrony narodowej na czele, którzy prowadzą trudną do racjonalnego wytłumaczenia politykę dzielenia biedy, i to w sposób najgorszy z możliwych. To on bowiem decyduje o rozdziale środków. To on zdecydował o kosztownym i, jak się okazało, niepotrzebnym remoncie faktycznie bezużytecznego dziś tupolewa o numerze 102.

Polskie siły zbrojne będą skazane na różne rozwiązania zastępcze, dopóki będą zarządzane i dowodzone przez ludzi wychowanych w doktrynie wojennej Układu Warszawskiego, którzy nie rozumieją procedur NATO ani nie realizują wizji sojuszu. Nic więc dziwnego, że Stany Zjednoczone nie decydują się na rozmieszczenie na terytorium Polski rakiet Patriot. Wiedzą, że powierzenie tej groźnej broni wymaga najwyższego profesjonalizmu i odpowiedzialności.

Tylko wymiana pokoleniowa w najwyższym dowództwie Sił Zbrojnych może odwrócić ten trend. Potrzeba do tego jednak śmiałych wizji i odważnych decyzji, których dziś nie widać, bo zastępowane są one „obroną stołków” i trwaniem na pozycjach nieudolnych decydentów. Pompowanie pieniędzy w remont przestarzałego i anachronicznego dowództwa Sił Zbrojnych będzie miało taki sam skutek jak pompowanie pieniędzy w nieustające remonty i naprawy przestarzałego i awaryjnego tupolewa. O skutkach takiej polityki można myśleć jedynie ze zgrozą.

WNIOSEK: Gdyby 36. Pułk Lotnictwa Transportowego WP traktowany był przez MON jako rzeczywiście elitarny, gdyby pilotom stworzono odpowiednie do rangi wykonywanych przez nich obowiązków warunki do pracy, życia i treningu, do katastrofy smoleńskiej by nie doszło.

Podsumowanie

Bez ekspertyzy NATO nikt nie podejmie się oceny, czy rosyjskie służby naziemne wyłącznie nie zapobiegły katastrofie czy też się do niej przyczyniły, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Nie wiemy, czy uzyskanie takiej ekspertyzy jest dziś jeszcze możliwe.

Żądamy jednak, by zamiast rozmywania odpowiedzialności i gry na czas doszło do przykładnego ukarania winnych zaniedbań, które spowodowały największą narodową tragedię w historii Polski od czasu zakończenia II wojny światowej. Tylko po ukaraniu winnych będzie możliwe wprowadzenie i egzekwowanie skutecznych procedur, które zapobiegną podobnym tragediom w przyszłości. Profesjonalizacja armii nie może być jedynie hasłem wyborczym, jak jest to obecnie!

Nie ma chyba takiej osoby, która nie widziałaby zdjęć niezabezpieczonego, niszczejącego przez wiele miesięcy wraku samolotu z biało-czerwoną szachownicą, nie ma chyba także takiej osoby, która nie widziałaby zdjęć, na których widać, jak wrak jest niszczony.

W rocznicę katastrofy czujemy się w obywatelskim obowiązku zwrócenia uwagi na błąd najważniejszy – stawiający Polaków w roli bezbronnych petentów! Niezrozumiałe jest, dlaczego Polska jako kraj będący od 12 lat w NATO po katastrofie wojskowego samolotu NATO, w której zginęli najważniejsi dla Polski generałowie NATO, za pośrednictwem polskiego rządu niezwłocznie nie zwróciła się o pomoc i radę do innych członków paktu i Kwatery Głównej w Brukseli! Taki krok wykonały potężne Stany Zjednoczone po tragedii 11 września. Nic nie usprawiedliwia tego zaniechania premiera Donalda Tuska.

Polacy nie po to tak długo i usilnie zabiegali o członkostwo w NATO, żeby po 20 latach wolności kierownictwo naszego Ministerstwa Obrony Narodowej wydało komunikat, że Polska nie ma obowiązku informowania NATO, nawet gdy zginą wszyscy najważniejsi dowódcy Wojska Polskiego.

To nie Rosjanie ośmieszyli nas i upokorzyli przed całym cywilizowanym światem. Zrobił to polski premier, oddając śledztwo i wmawiając Polakom, że nasza prokuratura może prowadzić równoległe śledztwo bez posiadania czarnych skrzynek, wraku samolotu i dostępu do miejsca katastrofy. To, że jest to niemożliwe – nie wymaga dowodu.

Dokładnego wyjaśnienia wymaga też podjęcie przez premiera decyzji o niebraniu pod uwagę polsko-rosyjskiej umowy z 7 lipca 1993 roku, która stanowi, że wyjaśnianie katastrof polskich i rosyjskich samolotów wojskowych na terenie Federacji Rosyjskiej i Rzeczypospolitej Polskiej prowadzone jest wspólnie. Wybór przez premiera konwencji chicagowskiej to bezprawie, bo konwencja ta dotyczy wyłącznie samolotów cywilnych.

Premier Donald Tusk jest również osobiście odpowiedzialny za zwolnienie szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego, po którym na znak protestu odeszło dziesięciu najwybitniejszych w Polsce ekspertów od zarządzania ryzykiem.

Jeśli po ocenie raportu komisji szefa MSWiA i wyników prac polskiej prokuratury Sejm nie podejmie decyzji o postawieniu premiera Donalda Tuska i ministra obrony narodowej Bogdana Klicha przed Trybunałem Stanu, będzie to oznaczało, że nawet największa narodowa tragedia od zakończenia II wojny światowej nie jest w stanie nic w Polsce zmienić, a system bezpieczeństwa naszego państwa będzie ulegał dalszej degradacji.

Siła i honor!

Członkowie Zespołu Ekspertów Niezależnych

Warszawa, 4 kwietnia 2011 roku

Stefan Zgliczynski: OFE-gate

2 lutego 2011 (środa), 3:36

Stefan Zgliczyński: OFE-gate

[2011-01-28 08:42:12]

George Orwell mawiał: “powiedz mi ile zarabiasz, a powiem ci kim jesteś”. To czysto klasowe podejście wydaje się być nieco anachroniczne w bezklasowym społeczeństwie kapitalistycznym III RP anno domini 2011, w którym o interesie klasowym mówi się jedynie w skeczach kabaretowych o słusznie minionym ustroju.

W ciągu ostatnich 20 lat propagandzie liberalnej udało się wmówić większości Polaków (patrz choćby nieprawdopodobnie wysokie notowania Platformy Obywatelskiej), iż niezależnie czy zarabiają mniej niż średnia krajowa czy jej stu-krotność, albo nie zarabiają nic żebrząc o pomoc socjalną czy miliony w instytucjach finansowych - mają wspólny cel, którym jest bogate i dostatnie państwo.

Owszem, różnimy się my, Polacy, w pewnych szczegółach - stąd mnogość partii politycznych, znak zdrowej demokracji - ale interes mamy wspólny i na tym właśnie polega patriotyzm, którego Polakom odmówić wszak nie sposób. To właśnie na szczęście i dobrobyt wszystkich Polaków powoływali się twórcy czterech reform w postsolidarnościowym rządzie Jerzego Buzka, którzy w 1999 r. cofnęli (popchnęli?) Polskę w szereg dyktatorskich bądź postdyktatorskich państw Ameryki Łacińskiej, których neoliberalne reformy stanowić winny przestrogę, a nie zachętę.

Najbardziej szkodliwa ze wszystkich czterech katastrofalnych “reform” była ta dotycząca prywatyzacji emerytur i stworzenia Otwartych Funduszy Emerytalnych - czyli, najkrócej rzecz ujmując - kradzieży publicznych, “naszych” pieniędzy, przez prywatne instytucje finansowe pod hasłem “niech każdy odkłada na swoje”. W Chile, gdzie zrobiono podobnie za dyktatury Pinocheta, tysiące emerytów żyje dziś z opieki społecznej. To czeka również Polaków - pierwsza wypłacona emerytura z OFE-owskiego filara wynosiła wszak kilkadziesiąt złotych…

OFE nie dość, że traci nasze pieniądze na giełdzie (w czasie pierwszej fali kryzysu z jego kont “wyparowało” ponad 20 miliardów złotych - czyli zyski wypracowane tam od początku ich działalności), to jeszcze zadłuża państwo wykupując (za nasze własne pieniądze) jego papiery dłużne. Układ jest tak jaskrawo niekorzystny dla przyszłych emerytów, że chyba tylko autorytetowi nieomylnego Leszka Balcerowicza (dla niezorientowanych dodam, iż ekonomista ów mylił się jak dotąd we wszystkich swoich prognozach) i zmarłego papieża Jana Pawła II, który przyjmował Jerzego Buzka w Watykanie, zawdzięczać należy spokój Polaków.

Jedynie minister pracy Jolanta Fedak od dłuższego czasu nawoływała do zlikwidowania OFE, na którego konta co roku państwo wpłacało rosnącą sumę, która w 2010 r. wyniosła ok. 24 mld zł, i pozostawienia tych pieniędzy w ZUS-ie, którego zbiurokratyzowany system kosztował mniej niż rzekomo nowoczesny OFE, zaś wydajność (czyli wysokość naszych emerytur) była wyższa i wciąż rośnie w przeciwieństwie do OFE, które notują systematyczny spadek tego wskaźnika…

Ale tak jak dla Lenina i Trockiego gorzką pigułką był NEP, czyli chwilowe (i z sukcesami) odejście od komunistycznych dogmatów, tak dla wierzących liberałów Tuska i Boniego nie do pomyślenia byłoby przyznanie, iż liberalny schemat działa gorzej niż etatystyczny rzęch, jak jest w tych kręgach postrzegany ZUS.

Dlatego w obliczu narastającego zadłużenia państwa zdecydowali się zmniejszyć jedynie skalę strat, czyli składkę przekazywaną OFE. No i rozpętało się piekło. Długoletni adoratorzy Tuska i Platformy jeszcze z czasów Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności z Balcerowiczem, BCC i Centrum im. Adama Smitha na czele, oskarżyli rząd nie tylko o zdradę liberalnych ideałów, ale i o zamach na “nasze” pieniądze.

Monika Olejnik w programie z Januszem Palikotem zadeklarowała nawet, iż “wyjdzie na ulicę” (razem ze swoim gościem) kiedy rząd zlikwiduje OFE. Publicyści ekonomiczni pozostałych mediów tak daleko idącej deklaracji nie złożyli, ale nie kryli głębokiego rozczarowania “populistycznym” zagraniem rządu, oskarżając go o “złamanie umowy społecznej z 1999 r.” (tak, jakby ktoś wtedy pytał Polaków o zdanie).

Na czym więc polega cały wic? Ano właśnie na interesie klasowym, który spór o OFE wyraźnie uwypuklił, a czego nie zauważyła, bądź nie chciała zauważyć opozycja, krytykując rząd na równi z ultraliberalnymi ortodoksami. Monika Olejnik, Janusz Palikot czy Tomasz Lis wraz z rodzinami to osoby, których ponadprzeciętne wynagrodzenie sytuuje daleko poza problemami dzisiejszych emerytów, którzy muszą przeżyć miesiąc za tyle, ile krytycy zlikwidowania OFE wydają na obiad w restauracji. I poza problemami przyszłych emerytów, których OFE-owskie emerytury mają być nawet o połowę niższe od obecnych…

Oni wszak mają III filar, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, prywatną edukację… Problemy państwa to dla nich nie problemy z dostaniem się do lekarza czy znalezieniem miejsca w przedszkolu, ale stabilność finansowa banków, gdzie mają złożone depozyty i reakcje “rynków finansowych” mające przełożenie na funkcjonowanie giełdy, na której mają swoje akcje. A te, jak wiemy, reagują najlepiej na wieści o masowych zwolnieniach, ścinaniu deficytu i prywatyzacjach…

Że upraszczam? Karykaturyzuję? Nic podobnego - interes klasowy jest w ekonomii najsilniejszym czynnikiem. I dlatego kiedy widzę w telewizji bankierów czy innych “ekspertów”, zarabiających kilkaset tysięcy, a nawet kilka milionów rocznie, dokładnie wiem, co powiedzą, jeszcze zanim otworzą usta.

Stefan Zgliczyński


Tekst ukazał się w miesięczniku “Le Monde Diplomatique - edycja polska”.

2 lutego 2011 (środa), 3:16

Po kryzysie, a nawet i przed - Andrzej Sopoćko

Papiery rządowe to świetna lokata. Rządy nie bankrutują, pieniądze więc nie przepadną, a odsetki płacone są regularnie

O tym, że obecny kryzys mija, świadczy rosnąca liczba poświęconych mu konferencji. Odnosi się wrażenie, że przyczyny kryzysu oraz sposoby na to, by się nie powtórzył, są już powszechnie znane i akceptowane. Jakby przyjęło się mniemanie, że już gorzej nie będzie. Co najwyżej - nie dość dobrze. Ogólnie jednak - do przodu. Ta coraz powszechniejsza zgoda budzi podejrzenia. No bo jak tak poważne perturbacje rynku światowego tłumaczyć tylko błędną wizją gospodarki, lansowaną przez środowiska finansowe (tj. mniemanie, że rynek, jakikolwiek by był, wyreguluje się sam), pazernością firm rynku kapitałowego (zasada: mniejsza o przyzwoitość, walczymy o obroty) czy szerokim gestem polityków ofiarujących wszystkim to, co dotąd było poza możliwościami ich budżetów domowych? Problem przecież w tym, że sama gospodarka nie wyznaje żadnej koncepcji ekonomicznej, pazerność ludzka jest raczej parametrem stałym, a politycy ciągle obiecują więcej, niż to możliwe. Tak było zawsze, nie zawsze jednak był kryzys, a więc jego przesłanki musiały być gdzie indziej i destrukcyjne procesy musiały rozwijać się od dłuższego czasu.
Kluczem do stabilnego (albo niestabilnego) wzrostu jest popyt. Powinien on rosnąć w tempie zbliżonym do potencjału produkcyjnego (pewne różnice amortyzuje obrót z zagranicą). W uproszczeniu: jeśli jest za duży, mamy inflację, jeśli za mały, gospodarka się wali, bo nie ma przychodów ze sprzedaży. Przez lata bano się raczej tego pierwszego, ponieważ dość stabilny wzrost dochodu narodowego na świecie, w tym w krajach wysoko rozwiniętych, wydawał się gwarancją wzrostu popytu. Ludzie przecież produkując więcej, zarabiają więcej (dbają o to związki zawodowe i politycy). Popyt (szczególnie wewnętrzny) mógł być tylko wystarczający albo większy, a więc nigdy nie za mały. A jednak.

Kto zarabia, ten oszczędza

Rzeczywistość jest bardziej złożona, niżby się chciało, i od czasu do czasu wychodzi poza teoretyczne uproszczenia. Okazuje się, że wbrew tej prostej logice popyt w USA był za mały. Tuż przed kryzysem, kiedy jeszcze wszyscy oddychali atmosferą prosperity, 1,5 mln nowych domów nie znalazło nabywców.
Dla popytu ważne jest nie tylko to, że ogólnie naród zarabia. Ważne jest także to, czy ci, którzy zarabiają, skłonni są wydawać na konsumpcję, stanowiącą końcowy produkt gospodarki. Jeśli ma się on zwiększać, nie powinno przybywać zbyt wielu, którzy już niewiele więcej potrzebują, nie chcą bądź obawiają się mieć. W sumie dla popytu groźne jest, gdy pieniądze trafiają do grupy o największej skłonności do oszczędzania. A to jest z reguły (przynajmniej w krajach rozwiniętych) grupa o najwyższych dochodach.
Na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jak ogromna część całego potencjału oszczędnościowego znajduje się na kontach najzamożniejszych. Statystyki amerykańskie są tu dość szokujące.
Jak widać, 1% najbogatszych w USA dysponuje niewiele mniej niż połową wszystkich oszczędności, a najbiedniejsze cztery piąte społeczeństwa ma zaledwie 7% całego ich wolumenu.

Bogatym przybywa, biednym ubywa

Przesunięcia w strukturze dochodów powstają latami, a w istocie dziesięcioleciami. Tak wielka nierówność nie jest więc skutkiem niedawnych procesów. Także gdyby ktoś marzył o ich odwróceniu, musiałby również poczekać długie lata. Chyba jednak by się nie doczekał, i to nie z powodu ograniczonej długości ludzkiego życia. Proces powiększania nierówności trwa we wszystkich krajach rozwiniętych1. W Stanach Zjednoczonych zaś przyjął niepokojące rozmiary, ponieważ chodzi tu nie tylko o nierówne przyrosty dochodów w społeczeństwie. Problem polega na tym, że pieniędzy przybywa mniejszości społeczeństwa, a ubywa większości.
Jak widać, w ciągu ostatnich 20 lat cztery piąte społeczeństwa USA musi się skarżyć na spadek dochodów realnych. Zauważalnie wzrosły dochody jednej piątej najbogatszych. Ale prawdziwy powód do radości ma 1% najlepiej prosperujących. Tu na głowę przybył prawie milion dolarów.

Jak w USA, tak na świecie

Obserwując te dane, można się pocieszać myślą, że proces narastania nierówności dochodowych nie dotyczy przecież biednego kraju. Nawet jeśli tak wielu będzie miało nieco mniej, i tak będą mieli więcej niż zdecydowana większość ludzi na świecie. I z tym trzeba się zgodzić, nieszczęście polega jednak nie na samej, większej czy mniejszej, krzywdzie ludzi pracy USA, ale na skutku tego zjawiska dla całej światowej gospodarki.
Ostatnie zdanie brzmi nieco jak nagłówek z “Trybuny Ludu”, nie dotyczy jednak wcale wydumanego problemu. Stany Zjednoczone to nie Luksemburg, tam znajduje się ponad jedna trzecia zasobów kapitałowych całego świata. Jeśli więc struktura dochodów w tym kraju ma wpływ na tamtejszy popyt wewnętrzny i oszczędności, to ma także wpływ na popyt i oszczędności w skali globalnej. Ostatni kryzys powstał przecież z przyczyn, które - przynajmniej w swojej pierwotnej postaci - miały miejsce tylko w USA.
Ostateczny produkt końcowy, czyli dobra konsumpcyjne, trzeba kupować. Inaczej gospodarka zadusi się nimi. Oczywiście, można jeszcze zwiększać inwestycje, ale one w końcu i tak będą prowadzić do wzrostu spożycia. Jeśli więc w kraju popyt się kurczy, pozostaje eksport, nie zawsze jednak jest dostatecznie silny, by uzupełnić więdnące zapotrzebowanie na rynku wewnętrznym. Szczególnie w bardzo dużych krajach, gdzie handel zagraniczny odgrywa relatywnie niewielką rolę. W USA w 2009 r. relacja eksportu do PKB wyniosła 7,5% (w Polsce 33%). Spadek amerykańskiego popytu wewnętrznego bardzo trudno uzupełnić wyższą sprzedażą za granicą. Jeśli występują procesy hamujące sprzedaż wewnętrzną, gospodarka nie ma szans na zaczerpnięcie oddechu gdzie indziej.
Problem Stanów Zjednoczonych lapidarnie można określić tak: ci, którzy chcieliby kupować, mają coraz mniej, a ci, którzy mają coraz więcej, kupować już nie potrzebują. Bardziej skrupulatni oczywiście zaprotestują, bo przecież w luksusie też można się ścigać, a w pokrytych kurzem podręcznikach napisano, że potrzeby ludzkie są nieograniczone. Niestety, z tych nieco już wytartych złotych myśli pożytku jest coraz mniej. Bo gdyby były nadal aktualne, przedstawione obok wykresy musiałyby być wzięte z innej planety. A są przecież, jak najbardziej, z naszej.

Komu wcisnąć kredyt?

Jeżeli pieniądz gromadzi się u tych, którzy nie potrzebują przemieniać go w dobra konsumpcyjne, pozostaje w oszczędnościach. Banki z tymi pieniędzmi jednak też muszą coś zrobić. Żeby zarobić na odsetki od depozytów, płace w banku, czynsze, ubezpieczenia itd., ten pieniądz musi wyjść na zewnątrz i popracować na rzecz banku. Banki muszą więc udzielać kredytów ludności, przedsiębiorstwom, budżetowi. Inne sposoby też są, ale niosą tyle ryzyka, że w racjonalnej polityce bankowej mogą zajmować niewiele miejsca.
Oczywiście tylko część oszczędności ląduje na kontach bankowych, sporo lokowanych jest w walorach spekulacyjnych. Ta druga część rośnie jednak w czasach prosperity, a gdy potrwa dłużej, rozdyma balony spekulacyjne. Obecnie jednak o dobrej koniunkturze w USA nie ma mowy. Pieniądz bogatych to nie pieniądz szalonych, nie pcha się tam, gdzie można stracić. Depozyty rosną więc ostatnio w tempie ok. 6% rocznie.
Co zrobić, kiedy pieniędzy na depozytach przybywa bardzo dużo, a ci, którzy mogliby wziąć kredyty, wcale nie są bogatsi? Najprostszym rozwiązaniem jest rozsiewać iluzje, że albo będą bogatsi niedługo, albo już teraz nie potrafią docenić swojego bogactwa. Niech ludzie myślą: stać mnie na więcej. W USA nie było to takie trudne, bo biedniejąca klasa średnia nie mogła się pogodzić z obniżonym standardem życia. Brała kredyty. Nieważne, czy z pokryciem, czy bez. Sprzyjało to bankom, bo nowe kredyty są dla nich jedyną szansą przepchnięcia fali dolarów na zewnątrz, uszczknąwszy oczywiście coś dla siebie. Jeśli nie będzie w banku nowych kredytów, fala z dolarami pójdzie gdzie indziej, następna też, a potem ominą go kolejne. I trzeba będzie zwinąć interes.
Pisano bardzo dużo o niemoralnym podejściu menedżerów i agentów sektora bankowego, wciskających kredyty tym, którzy nie mogli ich spłacić. I słusznie. Sęk jednak w tym, że kiedy dochodzi do wyboru między moralnością a zachowaniem miejsca pracy, powstają wątpliwości, która z tych decyzji jest słuszna. Nacisk na zwiększanie akwizycji nowych kredytów nie powstał przecież w salach bankietowych zarządów i rad nadzorczych. Nie można dawać pieniędzy, których nie ma. One były i trzeba było je jakoś ulokować. Może nie do końca uczciwie, ale w biznesie chodzące cnoty to przecież byty wirtualne. Gdy trzeba przetrwać, nagina się reguły, przymyka oczy itd. Ekonomia ma swoje sposoby na moralność.
Jak się wydaje, medialne ataki na menedżerów sektora finansowego może mają dla niego jakąś wartość oczyszczającą, ale bez przesady. Na krótko odejmą im zadufania, narcystycznej pozy wtajemniczenia niedostępnego reszcie świata. Ale to przecież nie oni - ani ktokolwiek spoza tego grona - kształtują gospodarkę. Odwrotnie, to ona kieruje ludźmi, standardami zachowań, a nawet kierunkami pogłębiania wiedzy i jej upowszechniania. Jeśli ktoś może coś zrobić, to społeczeństwo, naciskając polityków, by zmienili duszące gospodarkę zasady podziału. Tylko czy ludziom będzie się chciało to zrobić jeszcze przed następnym kryzysem?

Podatnik i tak zapłaci

Ostatnio dyscyplina w udzielaniu kredytów wzrosła, banki i wspomagające je instytucje stały się ostrożniejsze. W jakiejś części jest to nauczka za rozmach polityki kredytowej sprzed kilku lat. Chyba jednak w niewielkim stopniu. Przyczyna nawrócenia menedżerów sektora finansowego wydaje się leżeć gdzie indziej. W zmianie sytuacji na rynku. Otóż teraz nie trzeba z tak wielką determinacją wciskać kredytów ludności i przedsiębiorstwom. Jest lepszy klient - budżety centralne i stanowe. Ich potrzeby kredytowe gwałtownie wzrosły. Dług publiczny USA, który w 2008 r. wynosił niecałe 50% PKB, obecnie jest dwukrotnie wyższy. To znaczy, że w bardzo krótkim czasie trzeba było pożyczyć rządowi w Waszyngtonie oraz w poszczególnych stolicach stanowych ok. 8 bln dol. Na rynku lokat bankowych pojawiło się nie tylko światło w tunelu, ale wręcz iluminacja. Papiery rządowe to świetna lokata. Rządy nie bankrutują, pieniądze więc nie przepadną, a odsetki płacone są regularnie. Można zatem odetchnąć. Wielkie pieniądze z oszczędności Amerykanów da się spokojnie zainwestować, i to w sposób bezpieczniejszy niż przed kryzysem. Banki podzielą się odsetkami od publicznych obligacji z posiadającymi oszczędności, a więc z najbogatszymi. Ci ostatni będą się bogacić, co prawda trochę wolniej, ale za to z większym spokojem. W zasadzie nic się nie zmieniło. Pieniądz nadal będzie się gromadził u tych, którzy mają małą skłonność do jego wydawania. Tym razem będzie jednak płynął głównie nie od kredytobiorców, ale od podatników, czyli tej ogromnej większości, która chciałaby więcej wydać, ale więcej nie ma2. Kto może więc rozkręcić gospodarkę? Dobre pytanie. Albo znajdzie się na nie odpowiedź, albo trzeba szykować się na następny kryzys. Ale tym razem będzie naprawdę ostro. Na powtórzenie takiej jak ostatnio akcji ratunkowej budżetu państwa nie będzie stać.

1 Według raportu OECD współczynnik Giniego, mierzący rozpiętości dochodów, wzrósł w ciągu ostatnich 20 lat o 14%. GINI. Por. “Growing unequal. Income distribution and poverty in OECD countries”, OECD 2008

2 Wpływy od czterech piątych społeczeństwa, poza grupą najbogatszych, którym przez 20 lat dochody realne spadały, to 48,4% wpływów podatkowych. Center on Budget and Policy Priorities http://www.cbpp.org/cms/index.cfm?fa=view&id=3220.

Autor jest profesorem zwyczajnym, Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, Instytut Nauk Ekonomicznych PAN