Przemyślenia o przeczytanej przeze mnie książce Richarda Dawkinsa „Bóg Urojony”

Mój syn Marek pozostawił mi do przeczytania książkę, którą uznał, znając moje przekonania, że pewnie mi się spodoba. Przeczytałem w miarę moich obecnych możliwości – szybko. Ponieważ od kilku miesięcy jestem autorem bloga, postanowiłem napisać coś o książce i o moich poglądach na tematy religii i stosunku do kościoła.

Urodziłem się w Warszawie 3 sierpnia 1926 roku. Ochrzczony w kościele św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży. W tym kościele brali też ślub moi rodzice. W krótkim czasie związali się ze stowarzyszeniem o nazwie „Badacze Pisma Świętego” i chodzili na ich zebrania. Byłem kilkuletnim brzdącem i wracając z zebrania narzekałem, że mnie bolą nóżki i mama brała mnie i niosła na ręce. Tata „awansował” i został bratem starszym. Do jego obowiązków należało też kolportowanie i sprzedawanie pism i książek. Po jakimś krótkim czasie jego zapał ostygł. Mniej był zaangażowany w pracy w stowarzyszeniu. Natomiast załatwił, że dowodzie w rubryce wyznanie miał wpisane: „bezwyznaniowy”. Załatwił też w szkole, do której zacząłem chodzić, że nie uczestniczyłem w lekcjach religii. Kiedy była lekcja religii wychodziłem z klasy razem z dziećmi innych wyznań, najprawdopodobniej były to dzieci żydowskie.

Potem wybuchła II Wojna Światowa, nastąpił okres okupacji, Powstanie Warszawskie. Warszawa została spalona i legła w gruzach. Kuzyn, który też wrócił z obozu w Niemczech pojechał w czerwcu 1945 roku do Sopotu na Święto Morza. Zawiadomił mnie, że na wybrzeżu łatwiej o mieszkanie i pracę. Do Sopotu przyjechałem 1 sierpnia 1945 roku. We wrześniu przyjechała moja mama, która bardzo szybko nawiązała kontakt z Badaczami Pisma Świętego i chodziła na ich zebrania. Mieliśmy w domu Biblię, która jest podstawowym źródłem wiedzy, dla Badaczy Pisma Świętego i wyznawców innych kościołów. Pracowałem na dwie zmiany i w okresie jesienno-zimowym miałem dużo czasu na czytanie książek. Kiedy zacząłem czytać Stary Testament, i kolejne Księgi Mojżeszowe byłem zdumiony opisami wojen, które wybrany przez Boga naród żydowski prowadził z innymi narodami z jego polecenia w jego imieniu z jego błogosławieństwem. Biblia otworzyła mi oczy i ugruntowała moją niewiarę w Boga takiego, jak przedstawia go kościół katolicki.

W 1955 roku 13 maja zawarłem związek małżeński w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sopocie. Okres po wojnie w państwie kierowanym przez władzę ludową sprzyjał takim ludziom jak ja i kościół miał większe trudności w zawłaszczaniu dusz.

W styczniu 1957 roku, tuż po Bożym Narodzeniu przyszedł po kolędzie proboszcz z Gwiazdy Morza w Sopocie z dwoma ministrantami. Nasz syn, kilkumiesięczny Marek, spał w swoim łóżeczku. Ksiądz zainteresował się naszym dzieckiem i zapytał czy chrzczony? Odpowiedziałem tak, w Urzędzie Stanu Cywilnego. Ksiądz rozgniewany zawołał – Co, poganina chowacie?! Takim odezwaniem rozgniewał mnie, ale spokojne powiedziałem: Proszę księdza, przyszedł ksiądz do mojego domu, mówi ksiądz o moim synu w sposób obelżywy. Niech ksiądz tego nie robi, bo i ja mogę zrobić się niegrzeczny. To co ja tu robię? – zapytał. Nie wiem, odpowiedziałem, ja księdza nie zapraszałem. Ksiądz poczerwieniał, jak burak. Szybko zabrał przyniesione akcesoria, świece, kropidło i trzasnąwszy drzwiami wyszedł.

Utkwiło mi też w pamięci opowiadanie mojej mamy.

Moja mama pochodziła z wielodzietnej rodziny. Często próbowała przypomnieć sobie kolejność i imiona swoich braci i sióstr, ale nie bardzo pamiętała. Było ich dwanaścioro, a może nawet więcej. Kiedy moja mama miała około 9 lat zmarła najpierw jej matka, a nieco później ich ojciec. W sprawie pogrzebu do księdza poszła jedna ze starszych sióstr mojej mamy i próbowała księdzu opisać nieszczęście, jakie ich spotkało, że zmarł tata i trzeba go pochować. A ksiądz na to: Tak wasz tata był zacnym człowiekiem i należy mu się godny pochówek. Zasługuje na to. A kiedy siostra mamy powiedziała, że w domu tyle małych dzieci i bieda aż piszczy i nie mają pieniędzy żeby tatę pochować. A ponieważ wspomniała, że mieli w domu lichą krowę, to podobno powiedział: Krowę sprzedać, a pogrzeb tacie sprawić!

Przez całe moje długie życie interesowały mnie sprawy religii. Przeczytałem w wolnych chwilach dużo książek, które ugruntowały moją intuicyjną niechęć do kościoła i jego przedstawicieli – kleru. Ale na stare lata dopiero książka Dawkinsa „Bóg urojony” sprawiła, że zrozumiałem – jestem ateistą.

Dlatego dziękuję Dawkinsowi, za tę pięknie, odważnie napisaną książkę. Za ogromną wiedzę jaką zebrał i zechciał się nią w sposób jasny, przekonujący podzielić.

2 myśli na temat “Przemyślenia o przeczytanej przeze mnie książce Richarda Dawkinsa „Bóg Urojony”

  1. Od dłuższego czasu chciałem napisać komentarz do tego postu, ale nie miałem „odrobionej pracy domowej”. Wczoraj skończyłem wreszcie The God Delusion. Czytałem w oryginale, przy okazji musząc co chwilę zaglądać do słownika, co zresztą bardzo polecam jako formę pracy nad językiem. Książka jest napisana, trzeba przyznać, dość zjadliwie, więc wydaje się odpowiednia dla początkujących ateistów. Ale Dawkins, kiedy go porównać z Patem Condellem, staje się miękki i łagodny jak baranek, ale to tylko na marginesie, żeby pokazać że Dawkins jest daleko od końca skali, jeżeli chodzi o formę przekazu.

    Jest dla mnie bardzo budujące, że poglądy Dawkinsa są podzielane przez Sędziwego Linuksowca, który jest wolny, jak podejrzewam, od wielu ograniczeń narzucanych przez życie, takich jak strach przed utratą znajomych czy akceptację w środowisku i w pracy, interesy, etc. Innymi słowy, spodziewam się że Sędziwy Linuksowiec jest wolny od strachu związanego z otwartym zadeklarowaniem swojego ateizmu.

    Niestety nigdy nie poznałem poglądów mojego ojca ani żadnego z moich dziadków. Żaden już w tej chwili nie żyje. Szczególnie interesuje mnie, co myślał mój dziadek od strony matki; wiem że był antyklerykałem. Wiem też że pod koniec życia dużo się zmieniło w jego światopoglądzie i sposobie bycia. Jestem ciekaw, czy poglądy religijne również.

  2. Byłem uczniem szkoły na Młynarskiej, ale szkoła ta miała numer 102. Chodzi o gmach z tyłu z zajezdnią tramwajopwą Została ona przeniesiona z Dworskiej, bo Niemcy zbrali te szkołę na szpital. Zdaje się, że były w tym gmachu dwie szkoły, więc może ta moja nr 102 była inną szkołą. Pamiętam nauczycielkę jęz. polskiego, p. Marię Janiszewską, robót ręcznych p. Pietrzykowską i matematyka p, Sztatnera(?)- mówili o nim, że to folksdojcz. Ja miałem harcerski pseudonim Jasio Zielone Ucho, a przezywali mnie Słoninka. Przyjażniliśmy się z Januszem Stańczykiem (mieszkaliśmy w tym samym domu na Ogrodowej), do klasy chodziła Eberhardtówna- ona była ewangeliczka. Te naszą szkołę przenieśli potem na Miedzianą 8 a następnie na żelazną róg Leszna. Wtedy widziałem z okien zagładę getta.
    Jeśli można proszę o ustosunkowanie się do moich wspomnień, może chodziliśmy do jednej szkoły a nawet do tej samej klasy? W razie potrzeby podaję namiar komórkowy: 601 832 500 Pozdrawiam zs

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>