Wspomnienia ze służby na Bukówce

minister-klich-na-kieleckiej-bukowce-2.jpeg

12.03.2010 09:26:00 Przed kilku dniami oglądając w telewizji Wiadomości usłyszałem, że w Kielcach – Bukówce gościł nasz minister Obrony Bogdan Klich.

wizyta-amerykanskiego-generala-2.png

Kolejnym gościem był amerykański generał.

Te informacje przywróciły wspomnienia sprzed ponad 60-lat kiedy to ja w Kielcach Bukówce odbywałem dwu letnią służbę wojskową.

Zachowało się też kilka zdjęć.

Trzeba dodać, że było to w ponad pok po zakończeniu II Wojny Światowej, w okresie stalinowskim, nasze oddziały walczyły z bandami UPA, w 4 Pułku Piechoty wyżsi dowódcy sztabowi to byli Rosjanie.

Opisując epizod mojego życia związany ze służbą na Bukówce chcę zwrócić uwagę, jak to po latach kiedy wyzwoliliśmy się z opiekuńczych skrzydeł jednego brata, pakujemy się w podobną sytuację z drugim.

Zabiegi o zainstalowanie Tarczy i związany z tym pobyt żołnierzy amerykańskich. I koszty,  jakie ty my obywatele będziemy ponosić. Wcale mi się to nie podoba.
Poniżej zamieszczam fragmenty z mojego Pamiętnika, w którym opisuję swoją służbę wojskową na Bukówce od 25 kwietnia 1947 roku do kwietnia 1949 roku.

Najbardziej dziwne jest to, że po wielu latach wspominam ten okres służby jednak z wielkim sentymentem.

1-kompania-poborowych-bukowka-v-1947.JPG

25.04,1947 r Pobór. Idę do czynnej służby wojskowej – przydział 4 pp. w Kielcach – Bukówka (jednostka wojskowa 2729) – dziś szkolą tam spec. jednostki typu „Grom”.

Stoimy w RKU we Wrzeszczu. Nastrój wesoły. Towarzystwo trochę „na rauszu” – rozrabiają. Ja czuję się niezbyt dobrze, bo koledzy zrobili mi pożegnanie, popiliśmy, pośpiewaliśmy. Był też na tej uroczystości mój ojciec chrzestny Zygmunt K. Urzędowali u mnie do 2 w nocy. Rano bardzo bolała mnie głowa, ale wziąłem już proszek od bólu głowy, trochę lepiej się czuje i głowa już mnie prawie przestała boleć.

25.04.1947 – Lekko na rauszu, w dobrych humorach oficer, który nas wiózł z Gdańska wprowadził na teren jednostki. Po ostrzyżeniu włosów,kąpieli, umundurowaniu, zmienił się nasz wygląd tak, że nie mogliśmy się rozpoznać. Przydzielono mnie do 3 III plutonu – IV drużyny w kompanii rekruckiej.

3-iii-pluton-iv-druzyna-8-vi-1947.JPG

Kompania liczyła około 100 ludzi. Byliśmy zdziwieni, że nam żołnierzom kompanii rekruckiej zwiększono racje żywnościowe? Początkowo nikt nie chciał jeść tego co dawali. Ale szybko skończyły się zapasy zabrane z domu na drogę i stopniowo zjadaliśmy to, co nam serwowała kuchnia. Dzień rozpoczynał się od pobudki, potem wybiegaliśmy na gimnastykę (bez względu na pogodę). Mycie, poranna prasówka i śniadanie. Przed wejściem na stołówkę starszy lekarz pułku w randze majora Rosjanka sprawdzała czy mamy dobrze obcięte włosy, umyte ręce i obcięte paznokcie. W zakresie szkolenia były: musztra, zajęcia polityczno wychowawcze,  rozbieranie i czyszczenie broni.

5-okres-rekrucki-czyszczenie-broni.JPG

Nauka strzelania na przyrządach, strzelanie na strzelnicy i zajęcia polowe w terenie.

My poborowi z Gdańska w większości z miasta nie byliśmy lubiani przez  drużynowych,  dowódców plutonów, którzy pochodzili ze wsi.

Przy każdej okazji dawali nam w kość. Zmuszano nas, by wszystko robić biegiem. Od pobudki do capstrzyku, biegiem i biegiem.

Jak by tego było mało bardzo często robiono nam alarm w nocy. Pod pretekstem źle ułożonych ubrań w kostkę, rozwalano je i kazano błyskawicznie je ułożyć porządnie. W czerwcu kiedy okna sypialni były otwarte, zdarzyło się, że wyrzucono część garderoby za okno. Stało tam wysokie drzewo,  części umundurowania  zawisły na gałęziach i trudno je było zdjąć.

Kiedy dziś oglądam filmy amerykańskie ze szkoły West Point, to  byliśmy tak samo traktowani.

W okresie rekruckim w czasie wolnym od zajęć, zachęcano nas do udziału w różnych zajęciach artystycznych i sportowych. W kompanii rekruckiej trwały przygotowania do Spartakiady w pułku. Mieliśmy do dyspozycji rękawice bokserskie, kilku  naszych kolegów w cywilu trenowało w jakichś klubach. Ponieważ  ja miałem już kilka razy rękawice na rękach, brałem udział w treningach. Na jednym z nich nabrał chęci zmierzyć się ze mną jeden z naszych drużynowych, niski, krępy, o byczym karku. Trafiłem go kilka razy lekko, tańcząc wokół niego i robiąc uniki. Jego cepy trafiały w próżnię. Rozjuszył się, poszedł ostro do przodu i nadział się na mój prawy prosty. Miał słaby nos, nie odporny na ciosy, krew kapała na mundur, kolejne ciosy rozmazały krew po całej twarzy.  Przerwaliśmy walkę. Do końca pobytu w kompanii rekruckiej byłem szanowany przez drużynowych. Nigdy nie brali mnie do czyszczenia klozetów i czyszczenia podłóg korytarza szkłem z rozbitych butelek.

Dla wielu moich kolegów wielkim stresem było skakanie przez „konia”. Ten „Koń”, to pół pniaka na 4 nogach długości chyba ponad 1,5 metra. Stało ich kilka na stadionie i były zmorą dla wielu moich kolegów. Po rozbiegu należało odbić się dwoma nogami od podestu i sięgając rękami, jak najdalej odbić się od tego konia i wylądować na obie nogi za koniem. Jeżeli nie skoczyło się odważnie, to kończyło się bolesnym lądowaniem z potłuczonymi jądrami, a w najlepszym przypadku potłuczonym tyłkiem.
Nie miałem z tym przyrządem gimnastycznym kłopotu, bo jak już wspomniałem mój tata był woźnym w prywatnym Gimnazjum i Liceum dla dziewcząt w Warszawie przy ul. Chłodnej 15. Była tam sala gimnastyczna z kompletem przyrządów gimnastycznych: drabinki, kozły, skrzynia, materace skórzane, bom, skakanki. Kiedy moi rodzice sprzątali pomieszczenia szkoły ja z bratem korzystaliśmy z tej sali ile się dało. Przy skoku przez kozła wprowadziłem nowatorski element, po rozbiegu  i odbiciu się od kozła następował obrót w powietrzu i zeskakiwałem tyłem. Nie był to skok na miarę naszego olimpijczyka Blanika, ale w skoki przez konia na stadionie w Bukówce nie napawały mnie lękiem.

11.05.1947 Dziś niedziela. W nocy miałem służbę. Spałem tylko 3 godziny. Od 4:00 rano do 7:00. O 7:00 pobudka, mycie, apel, msza św. W kaplicy koszarowej, śniadanie: dość dobra zupa, kawa chleb. Po śniadaniu byliśmy na meczu piłkarskim. Obiad, a po obiedzie zabawa taneczna przy basenie z cywilami. Po zabawie kolacja. Nawet dość dobra zupa, kawa z cukrem, biały drożdżowy chleb z marmoladą i do tego „na przystawkę” dali śledzie. Tych śledzi, to już mieliśmy po dziurki w nosie dość. Więc niektórzy zaczęli rzucać tymi śledziami.

4-obiad-kielce-bukowka-vi-1947.JPG

Może i nic by się nie stało, gdyby jakiś latający śledź nie trafił w głowę jakiegoś kaprala.

Po kolacji zabrano nas na karne ćwiczenia, w te wapienne wzgórza w pobliżu koszar, i dano nam taki „wycisk”, że do tej pory to wydarzenie pamiętam.

2-na-cwiczeniach-v-1947.JPG

Tyralierą naprzód biegiem marsz! Padnij! Powstań! Biegiem marsz! Lotnik kryj się! I tak bez przerwy, bez końca. W brudnych mundurach, wymęczeni, słaniający się na nogach wróciliśmy do koszar. Mycie, czyszczenie butów i ubrań i dopiero o godzinie 1:00 w nocy poszliśmy spać.

18.06.1947 r Czwartek. Dziś mieliśmy taką małą, spartakiadę w jednostce. Odbyły się zawody w wielu konkurencjach: w lekkoatletyce – biegi na różnych dystansach, skoki, rzut kulą, dyskiem, oszczepem; piłka nożna, siatkówka, koszykówka; boks, pływanie, gimnastyka poranna w takt walca angielskiego i gimnastyka indywidualna na przyrządach. Ja brałem udział w boksie, bo w swojej wadze czuję się pewnie, i chociaż swoją walkę przegrałem, to jestem zadowolony, bo walczyłem ładnie, a werdykt nie był moim zdaniem sprawiedliwy, przyznano zwycięstwo staremu żołnierzowi, bo tak wypadało.

Grałem też w koszykówkę. W naprędce skleconej „piątce” z poborowych udało się zremisować ze starymi, w których byli tyko żołnierze zawodowi, 10:10. Po pierwszej połowie prowadziliśmy nawet 8:6. Nie była to, prawdziwa koszykówka, a raczej zabawa polegająca na wrzuceniu przeciwnikom większej liczby koszy. Jako zawodnik nie miałem odpowiednich warunków fizycznych, bo byłem za niski. Drużyny liczyły po pięciu zawodników, przestrzegaliśmy, prawidłowego kozłowania i kroków. W kosza graliśmy w II-ej Miejskiej Szkole Mechanicznej na lekcjach gimnastyki, a po szkole często trenowaliśmy na podwórzu, u naszego kolegi Mariana Chudoby, przy ul. Kolejowej więc zgłosiłem się do tej „piątki młodych i z zacięciem broniliśmy dobrego imienia kompanii poborowych.

Nasza kompania prawie we wszystkich konkurencjach zajęła pierwsze miejsca. Po zawodach w pułku. Odbywały się rozgrywki na szczeblu dywizji i okręgu. Były to przygotowania do Mistrzostw Wojska Polskiego. Brałem w nich udział ale tylko w jednej konkurencji w boksie, w wadze koguciej. Doszedłem wtedy do finału w Okręgu Wojskowym w Lublinie. Ponieważ nie było zawodnika w mojej kategorii koguciej i postanowiono, że będę walczył z zawodnikiem wagi piórkowej por. Mońką z Częstochowy. Walki finałowe w boksie odbywały się na stadionie w Lublinie. Moimi sekundantami byli trenerzy z Lublinianki. Przed rozpoczęciem walki i w czasie przerw nieustannie przekonywali mnie, że dobrze mi idzie i dawali rady jak walczyć. Przegrałem walkę na punkty. Moim jedynym pocieszeniem było to, że uznano ją za najpiękniejszą walkę turnieju bokserskiego. Naturalnie nagrodę dostał tylko zwycięzca tej walki por. Mońką z Częstochowy dla mnie nagrodą były okrzyki żołnierzy siedzących na stadionie, którzy po każdym moim celnym ciosie wołali – Bij szarżę! Po tej najpiękniejszej turniejowej walce byłem okropnie porozbijany, jeden pęknięty łuk brwiowy. I pod każdym okiem solidne siniaki, które z upływem czasu zmieniały stopniowo kolory. Po powrocie do pułku długo jeszcze nie mogłem dojść do siebie. Miałem mdłości i zawroty głowy. Prawdopodobnie był to jakiś mały wstrząs mózgu. Ale tym się nikt nie przejmował i po pewnym czasie mi przeszło. Po zawodach obiecywali nam, że dostaniemy urlopy ale tak się jakoś złożyło że nigdy ich nie dostaliśmy. Koledzy mi tłumaczyli, że i tak mam szczęście, bo przegrałem finałową walkę w Lublinie i nie będę startował na mistrzostwach WP w Warszawie, bo tam to by się nie skończyło na paru siniakach i pewnie by mnie zabili. W takich okolicznościach zakończyła się moja kariera boksera. Nigdy już nie miałem okazji założyć rękawic i walczyć w ringu.

W naszej kompanii poborowej zorganizowaliśmy „Kółko artystyczne”, które swoimi występami, co niedzielę urozmaicało zabawy. Tuż przy basenie, zbudowany był z desek podest do tańca, na którym my z kółka artystycznego w czasie przerw w tańcach, popisywaliśmy się śpiewając piosenki odgrywając satyryczne skecze. Na tańce i nasze występy przychodzili okoliczni mieszkańcy, rodziny kadry zawodowej i wielu żołnierzy. Ja też brałem udział w tych występach. Śpiewałem kilka piosenek, które się bardzo podobały, sądząc po oklaskach. A oto jedna z nich :
W Pikutkowie dziś sensacja
W Pikutkowie dziś sensacja
Przyszła nowa nominacja.
że Brygadę Pikutkowską obejmuje żołnierz chwat.
Pan generał Ramtadracki
Dziadziuś stary, ale chwacki
Dziś przyjechał ze swą żonką, Która ma 20 lat.
Przyjmowała generała
Pikutkowskich oficerów gwardia cała.
Pan generał, kiedy kielich pełen wina wznosił wzwyż
Ja dziękuję wam panowie!
I my też! I my też!
A po roku znów ucztuje
Pan generał znów przyjmuje
Dowcipami śle jak z procy pijąc nektar słodkich win
Gdy w tem podczas uczty owej, przyszło od generałowej
Że tej nocy przyszedł na świat pierwszy syn.
Pan generał – Pan generał
Ze zdumieniem smętnym okiem nań spozierał
Kiedy kielich pełen wina wznosił wzwyż
Ja dziękuję wam panowie!
I my też! I my też!

A oto druga piosenka z mojego repertuaru.
Patałach
W plutonie każdym wszak
Znajdzie się taki łach
Któremu sprytu brak
Patałach, Patałach!
Czy przez feralny pech
Czy też przez wielki grzech
Czego się imię, co robić chce
Nic mu nie darzy się
Patałach, to taki typ
Patałach, darmo żre chlib
W każdym calu, w każdym metrze
Piętna z niego nikt nie zetrze
Psuje nastrój i powietrze
Patałach gdzie zjawi się
Tam każdy klnie
Czy rozum masz w pedałach
A siano we łbie masz
Patałach! Patałach psia twarz!
A gdy pobudki ton
Wszyscy wstają, to on
Leży jak salceson
Patałach, patałach!
A gdy na obiad czas
To taki ananas
Jakby w „Kusego„ wlazł
Wszystkich prześcignie z nas
Patałach, patałach!
Na wartę drania wziąć
Portkami zacznie trząść
Modlić się też czy kląć
Patałach, patałach!
W pobliżu chrząknie ktoś
Lub ptaszek zrobi coś
Gałązki trzask, latarki blask
Na pomoc! Alarm! wrzask!
Patałach, to taki typ
Patałach darmo żre chlib
W każdym calu w każdym metrze
Piętna z niego nikt nie zetrze
Psuje nastrój i powietrze
Patałach gdzie zjawi się
Patałach, tam każdy klnie
Czy rozum masz w pedałach
A siano we łbie masz
Patałach, patałach psia twarz!

29.06.1947 Żołnierze kompanii rekruckiej złożyli przysięgę wojskową i zostaliśmy przydzieleni do różnych pododdziałów w pułku. Ja i kilku moich kolegów zostaliśmy przydzieleni do Warsztatów Rusznikarskich.

6-przysiega-i-uroczyste-wreczenie-broni.JPG

Jeszcze przed przysięgą przychodził do naszej kompanii Zbrojmistrz i poza żołnierzami posiadającymi jakieś umiejętności przydatne w warsztacie przy naprawach broni. Dawał do napisania każdemu z nas krótki tekst z gazety i zwracał uwagę na charakter pisma. Szukał kandydata na pisarza dla siebie w Sztabie Pułku. Widocznie spodobał się mu mój charakter pisma, bo  po przysiędze zostałem przydzielony do Rusznikarni na etat Majstra Karabinów Maszynowych.

7-kielce-bukowka-10091947.JPG

Zostałem pisarzem u Szefa Uzbrojenia w Sztabie Pułku. Moim szefem był kpt. Kasprowicz, który bardzo szybko wdrożył mnie w tajniki pracy. Przy nim, a prawdę mówiąc dzięki niemu nauczyłem się pisać na maszynie, prowadzić ewidencję, robić sprawozdania kwartalne, roczne i wszystko to czym zajmowała się nasza kancelaria. Był świetnym nauczycielem. To co się przy nim nauczyłem, bardzo mi się przydało, gdyż w krótkim czasie został on przeniesiony gdzieś na wyższe stanowisko a na jego miejsce awansował por. B. Doświadczony oficer frontowy, ale z pracą biurową nigdy nie miał do czynienia. Pochodził ze wsi, nie miał wykształcenia i gdyby nie moje umiejętności zdobyte przy kpt. Kasprowiczu, miałby duże trudności, aby pełnić obowiązki Szefa Uzbrojenia Pułku – Zbrojmistrza.

8-kielce-bukowka-10091947.JPG

Nim został moim nowym szefem miałem z nim nieprzyjemny incydent. Pewnego dnia po kolacji dostałem rozkaz pójścia do bloków oficerskich i narąbać drzewa i zanieść do jego piwnicy. B. Do tej pory utarł się zwyczaj, że żołnierze służby czynnej wykonywali takie polecenia bez szemrania. Jeden z naszych kolegów z rusznikarni, ze starego rocznika 2 razy dziennie nosił wiadra resztek z kuchni do chlewku przy blokach oficerskich dla świnek, które pan porucznik hodował. Ja się sprzeciwiłem i powiedziałem, że tego polecenia nie wykonam. Polecenie wydał mi plutonowy K. z rusznikarni. Kiedy wróciłem ze stołówki do koszar, plutonowy pobiegł do porucznika na bloki i zameldował mu o tym. Porucznik przyszedł do jednostki, rozmowa odbyła się w koszarach w naszej sypialni, i tak jak przed tym plutonowy. tak teraz porucznik naskoczył na mnie z wielkim krzykiem: czy ja sobie zdaję sprawę z tego gdzie ja jestem i czy ja wiem co to znaczy,  jak się w wojsku się odmawia wykonania rozkazu? Porucznik był cały czerwony ze złości i bardzo głośno krzyczał. Ja mu na to spokojnie, że niech się tak nie denerwuje, bo ja przyszedłem do wojska, żeby się szkolić, aby jak zajdzie potrzeba bronić ojczyzny a nie po to, żeby u niego być „fajfusem” jeżeli on uważa że nie mam racji niech mnie postawi do raportu, pod sąd, ale niech nie krzyczy, bo ja swojej decyzji nie zmienię. Wtedy porucznik zmienił całkowicie ton i zaczął już całkiem łagodnie, że jeżeli kategorycznie odmawiam, to on nie będzie mnie zmuszał, tylko żebym nie rozgłaszał tej naszej rozmowy, wśród żołnierzy, żeby jego autorytet za bardzo nie ucierpiał. Z tym porucznikiem, kiedy został już zbrojmistrzem i moim szefem w kancelarii miałem jeszcze b. wiele różnych incydentów ale po latach kiedy piszę te słowa, to ja byłem raczej tą stroną negatywną. Wykorzystywałem jego braki wykształceniu, niekompetencję w sprawach papierkowych, to że albo nie chciał, albo nie mógł tak szybko opanować wiedzy związanej ze sprawozdawczością.

Był to okres, że dowódca pułku zawiesił udzielanie urlopów na okres świąteczny.  Ja przyzwyczajony do częstego jeżdżenia na różnego rodzaju urlopy, przed zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia zagroziłem, że jeżeli nie załatwi mi urlopu,  to nie zrobię sprawozdań rocznych.  Powiedziałem mu, że ja jestem tylko pisarzem i jak mi on te wszystkie sprawozdania opracuje, to ja je wszystkie przepiszę i przygotuję do podpisu. Wściekał się na mnie przez kilka dni, Tłumaczył mi, że on na to nie ma żadnego wpływu, że dowódca pułku wydał taki rozkaz i on nic nie może, bo nikogo nie puszczają na święta do domu. Ale ja byłem nieugięty wytrzymałem go przez długie kilka dni. Wpadł w końcu któregoś dnia rano, złapał leżące przez cały czas na biurku moje podanie i poleciał. Za jakiś czas wrócił, rzucił mi na biurko podpisane przez niego i dowódcę pułku moje podanie. Masz ! tylko trzymam cię za słowo jeżeli sprawozdań nie będzie na czas to nie pojedziesz. Sprowadziłem na pomoc z rusznikarni kilku co gramotniejszych chłopaków do pomocy. Zamówiłem na noc maszynę do pisania z długim wałkiem. Część sprawozdań miałem już opracowane i należało je tylko na nieść na sprawozdania. Ponieważ nie było jeszcze druków sprawozdań, jeden z moich pomocników tylko je rysował wg wzoru przez kalkę. Inny przepisywał,  ja opracowywałem sprawozdania wg dokumentów. Po morderczej, zwariowanej pracy sprawozdania na czas miałem gotowe. Na urlop pojechałem.

Jako pisarz Zbrojmistrza brałem udział w planowanych okresowych przeglądach boni w pododdziałach. Broń wyczyszczona, równo poukładana na stołach przykrytych kocami. Dla mnie przygotowany specjalny stolik z książkami broni na wyposażeniu oddziału, w którym przeprowadzano przegląd. Porównywałem stan w ich książkach ze stanem w naszych. Nasi: por. Bazydło, por. Kropidłowski, sierż. Dróżdż, plut. Kurtiak przeglądali każdą sztukę broni,  jej czystość, czy nie zardzewiała, stan lufy czy nie ma wżerów, czy lufa nie jest rozdęta. O wszystkich usterkach sporządzałem później wniosek do rozkazu dziennego pułku i za każdą zawinioną przez żołnierza usterkę odpowiadał dowódca pododdziału. Jako karę otrzymywał ileś tam „sutek„ dni aresztu domowego, (symbolicznie) skutkowało, to tylko potrąceniem jakieś sumy z poborów za każdy dzień aresztu domowego. A co najważniejsze, wpisaniem do akt personalnych co mogło negatywnie wpłynąć na późniejszy awans. Muszę przyznać, że dowódcy – oficerowie bardzo bali się tych przeglądów, notatek, które sporządzałem i ewentualnych konsekwencji wynikających z tych przeglądów.

Współpraca moja z por. B. układała się dobrze. Ja prowadziłem ewidencję, pisałem sprawozdania i woziłem je do Lublina.

9-wyjazd-na-koncentracje-2081947.JPG

Większość oficerów przymykała oko na nasze drobne przewinienia w czasie służby. Ale byli i tacy, rygoryści, którzy przy każdej okazji próbowali nam pokazać, że przepisy są po to, żeby je przestrzegać. Pewnej niedzieli, ja z kilkoma kolegami z rusznikarni poszliśmy na przepustkę do Kielc pochodziliśmy, wypiliśmy piwo i wracając do naszej Jednostki, a z Kielc na Bukówkę było 6 km i do tego był upał. Postanowiliśmy wypić sobie jeszcze po jednym piwku w sklepiku tuż przy wyjściu do naszych koszar. Było to w początkowym okresie zwalczania przez państwo prywatnej inicjatywy. Sklepik był prywatny, w którym d-ca pułku, specjalnym rozkazem zakazał żołnierzom robić jakiekolwiek zakupy.  Ale my, jak to żołnierze i do tego z rusznikarni, zlekceważyliśmy ten zakaz.  Kiedy w najlepsze popijaliśmy sobie piwko, naszedł nas por. Zawada, który tego dnia rozpoczynał służbę oficera inspekcyjnego w pułku – wielki rygorysta. Najpierw zapytał – Co to za wojsko? Odpowiedzieliśmy, jesteśmy z rusznikarni, wracamy z przepustki z miasta, że jest bardzo gorąco, więc postanowiliśmy nim wejdziemy do koszar wypić jeszcze po jednym piwku. Przypomniał o rozkazie dowódcy pułku i że ten rozkaz obowiązuje wszystkich, i żołnierzy z rusznikarni też. Nie dał się zagadać. Kazał nam iść z nim na wartownię, zdjąć pasy, sznurowadła, i posadził nas do aresztu. Wszystko wskazywało na to, że niestety, ale całą noc spędzimy na gołych dechach, bo to była niedziela i nikogo w pułku nie było, kto ewentualnie mógłby nam pomóc. Ale postanowiłem spróbować i wykorzystać mojego szefa por. B. Zacząłem walić w obite blachą drzwi naszej celi. Po jakimś czasie przyszedł wartownik. Powiedziałem mu, żeby przyszedł do mnie oficer inspekcyjny por. Zawada w bardzo ważnej sprawie. Porucznika na wartowni nie było i musiałem trochę czekać aż wróci z terenu jednostki. Jak przyszedł powiedziałem mu, że powinien o moim aresztowaniu zawiadomić Szefa Uzbrojenia por B., bo ja na jutro rano mam przygotować ważne sprawozdanie do Szefostwa Uzbrojenia w Lublinie, które rano musi jeszcze podpisać d-ca pułku i niech on wie, że ja tego sprawozdania nie przygotuję, bo siedzę w areszcie. Naturalnie nie miałem przygotować żadnego sprawozdania. Ale liczyłem na solidarność naszego szefa. Wiedziałem, że nie znosił jak się inni czepiali jego ludzi. Po pewnym czasie, oddano nam pasy, sznurowadła i wypuszczono z aresztu. Na drugi dzień mój szef tylko mimochodem, z uśmiechem, wspomniał, że trochę sobie za dużo pozwalamy i będzie musiał przykrócić nam cugli.

Mój szef por. B. wiedział o tym, że dobrze pracuje i na wiele mi pozwalał. Całą papierkową robotą zajmowałem się ja i ja woziłem wszystkie sprawozdania do Szefostwa Uzbrojenia Okręgu Wojskowego do Lublina. Raz tylko na początku swojego szefowania nasz Zbrojmistrz pojechał zawieźć nasze sprawozdania. Ale wrócił zły bo mu wiele tych sprawozdań pokreślili na czerwono, że jest w nich dużo błędów i wiele pozycji się nie zgadza. Powiedziałem mu, że błędy to oni mają w swoich dokumentach, pojechałem i wszystko wyjaśniłem. Więcej por B. nie miał chęci jeździć ze sprawozdaniami do Lublina.

W Okręgu w Lublinie początkowo też miałem trudności. Miałem wtedy stopień starszego strzelca i przyjmujący od mnie sprawozdania próbowali mi czerwoną kredką podkreślać błędy w moim sprawozdaniu, ale kiedy zacząłem protestować i wskazywać, że to u nich jest bałagan, niech pogrzebią w swoich szufladach, to znajdą protokóły zdawczo odbiorcze, protokóły złomowania, faktury przyjęcia nowego sprzętu, lub partii amunicji, których jeszcze nie uwzględnili, albo do nich jeszcze nie dotarły, a wszystko się będzie zgadzać.

Pewnego razu czekałem w korytarzu. Przedstawiał swoje sprawozdania zbrojmistrz w stopniu kapitana z jakiejś jednostki. Słychać było podniesione głosy, a tam tak jak wszędzie w wojsku za niedociągnięcia zaraz wielki OPR.  Za chwilę wychodzi mocno spocony i na pożegnanie słyszy – Patrzcie, tu przyjechał starszy strzelec, ale u niego nie znajdziecie jednego błędu, on cały obieg dokumentów ma w głowie. Te pochwały mocno mnie rozzuchwalały. Wymuszałem na moim biednym por. B. krycie w różnych przewinień.

W drugim roku mojej służby wojskowej był przeprowadzany spis oficerów w Wojsku Polskim. Każdemu oficerowi zakładano 3 teczki. Jedna zostawała w jednostce wojskowej, w której służył dany oficer, druga przeznaczona była dla dywizji i trzecia dla Ministerstwa Obrony Narodowej. Każda z tych teczek miała inny kolor. Dane personalne do tych teczek wpisywane były ręcznie. Na czas pracy tej komisji, do dokonywania tych wpisów, oddelegowano też mnie, ze względu na ładny charakter pisma. Po zakończeniu ewidencji oficerów liniowych. Przyjechała specjalna Komisja do przeprowadzenia podobnego spisu dla oficerów Polityczno – Wychowawczych. Do dokonywania wpisów w teczkach oddelegowano znowu mnie. Moja praca w tej komisji tym się tylko różniła od poprzedniej, że nie ograniczyła się do spisania tylko oficerów naszej jednostki, ale jeździłem z nimi i spisywaliśmy wszystkich oficerów polityczno – wychowawczych we wszystkich jednostkach naszej dywizji. Po kilku tygodniach wspólnej pracy kapitan, który przewodniczył tej komisji, widocznie mnie polubił, zaproponował, że przydałbym mu się i chętnie  zabrałby mnie na stałe do Lublina. Po powrocie do swojej jednostki, w krótkim czasie przyszedł rozkaz, że mam się natychmiast stawić w Głównym Zarządzie Pol.- Wychowawczym w Okręgu Wojskowego w Lublinie. Natychmiast dostałem rozkaz wyjazdu i kiedy zameldowałem się, zaproponowano mi stanowisko szefa kantyny oficerskiej w Lublinie. Z potrzebnymi w tej sprawie pismami pojechałem najpierw do Sztabu Dywizji w Kielcach, tam otrzymałem potrzebne w tej sprawie pisma i polecenie oddelegowania mnie do Lublina. Kiedy zjawiłem się u swojego zbrojmistrza por. B. i poinformowałem go o wszystkim strasznie się tym zdenerwował, napisał zaraz od ręki jakieś pismo i poleciał na strzelnicę, gdzie odbywało się strzelanie dla oficerów i byli tam akurat i nasi najwyżsi rangą oficerowie sztabu pułku i podobno d-ca dywizji. Jak to się tam to wszystko odbyło, i jak to por. B. załatwił nie wiem? Ale do Lublina na stanowisko szefa kantyny oficerskiej w Lublinie nie pojechałem.

Prawdę mówiąc wcale mi na tej zmianie nie zależało, tu miałem bardzo dobrze, byłem potrzebny, pomimo dużej odległości od Gdańska, zawsze mogłem liczyć na różne urlopy i często jeździłem do domu. Przez dłuższy czas przechowywałem brudnopis pisma do dowódcy pułku, którym mój szef – zbrojmistrz 4 pp. grozi, że jeżeli zabiorą mu mnie to podaje się do dymisji, bo nie jest wstanie wypełniać swoich obowiązków jeżeli zabierają mu najlepszych ludzi.

Po półtorarocznej już chyba służbie, coraz częściej myślałem o i jej zakończeniu i powrocie do domu. Marzyłem, jak to dobrze będzie latem, na plaży pełnej ładnych dziewczyn. Kąpiele w morzu, pływanie na jakiejś łajbie czy kajaku. Moim wielkim zmartwieniem był trądzik młodzieńczy, który opanował skórę na mojej twarzy, piersiach i plecach. Do naszego pułku skierowany został młody lekarz zaraz po Szkole Oficerskiej. Przyjechał w nowiutkim mundurze, czyściutki i pachnący. Przyszedł do mnie, żebym wypisał mu fakturę na broń osobistą, która obowiązkowo przysługiwała każdemu oficerowi i z bronią powinien codziennie być obecny na porannym apelu. Wypisałem mu rewolwer „Nagan„ (bo w tych latach mieliśmy je jeszcze na stanie, choć mieliśmy już też pistolety „TT„, ale nie wszyscy oficerowie byli w nie wyposażeni) do tego kaburę i naboje. Wytłumaczyłem temu młodemu oficerowi, gdzie jest magazyn, w którym dostanie co potrzeba. Szefem magazynu uzbrojenia był sierżant Dróżdż frontowy, podoficer zawodowy, kiedy zobaczył młodego, czyściutkiego lekarza zaraz po szkole oficerskiej rzucił mu na ladę zasmarowany towotem rewolwer Nagan, naboje i starą, parcianą, brudną, wystrzępioną ze zwisającymi nitkami kaburę do tego Nagana. I na jego prośbę, że może coś czyściejszego by się znalazło w magazynie sierż. Dróżdż nie chciał z nim w ogóle gadać. Ten lekarz przyszedł potem do mnie, czy nie dałoby się coś zrobić, bo ta szczególnie kabura to już do żadnej regeneracji czy czyszczenia się nie nadaje. Powiedziałem mu, że tak jak on, to i ja mam kłopoty pokazałem mu swój trądzik, że mieszkam w Sopocie i jak ja będę mógł się pokazać na plaży i podrywać ładne dziewczyny z takim wyglądem. A on mi na to, że jeżeli ja mu załatwię lepszą przynajmniej kaburę to on mnie wyśle do szpitala i tam to na pewno lepiej mi pomogą niż on tu na miejscu. Wypisałem mu 2 faktury jedną na zdanie do magazynu tego Nagana z kaburą i nabojami i drugą na pobranie pistoletu TT z nową kaburą skórzaną. Uzgodniłem z sierżantem, że ma mu pokazać do wyboru i kaburę brązową i żółtą. Nasz nowy medyk był bardzo zadowolony z nowej broni i pewnie kolor kabury mu odpowiadał, bo ja za kilka dosłownie dni leżałem już na 3 piętrze Oddziału Dermatologii w Szpitalu Wojskowym w Radomiu. Przebywałem w tym szpitalu kilka tygodni (kuracja w tym szpitalu, jak wszystkie kuracje na trądzik nie wiele mi pomogła) i ponieważ zbliżał się kres mojej służby wojskowej wróciłem do swojej jednostki. Dostałem młodego żołnierza, którego starałem się solidnie przygotować do przejęcia moich obowiązków. Uważałem, że mojemu szefowi por. B. to się ode mnie należy.
1.02.1949   –  Awans na kaprala.
20.04.1949  –  Po dwuletniej służbie wojskowej odchodzę do cywila.
12.03.2010  – Po latach służbę wojskową na Bukówce oceniam bardzo pozytywnie. W rusznikarni, że nauczyłem się posługiwać bronią, celnie strzelać, a będąc pisarzem u zbrojmistrz nauczyłem się pisać na maszynie, co ułatwiło mi szybsze opanowanie klawiatury i pisanie w komputerze.

Zdjęcia z Wizyty na Bukówce ministra Klicha i gen. amerykańskiego zaczerpnąłem internetowej witryny- echodnia.eu – autorem zdjęć jest Dawid Łukasik

Jeżeli znajdzie się ktoś z mojego rocznika, kto w tym czasie pełnił służbę w tej jednostce, albo ktoś z rodziny, proszę o kontakt.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>