Kazimierz Łyszczyński

Opracował na podstawie książki profesora Andrzeja Nowickiego „Kazimierz Łyszczyński 1634 – 1689″ Krzysztof Mróź Sekretarz Polskiego Stowarzyszenia Wolnomyślicieli

Kazimierz Łyszczyński urodził się 4 marca 1634 roku. W latach 1655 – 1657 służył w wojsku. Mianując 3 maja 1682 roku Kazimierza Łyszczyńskiego podsędkiem brzeskim, król Jan III Sobieski wspomina o jego zasługach dla Ojczyzny, podkreśla zwłaszcza, że Łyszczyński „od młodych lat służył w wojsku koronnym w chorągwi Jana Sapiechy, a następnie w wojskach litewskich pod księciem podkanclerzym Wielkiego Księstwa Litewskiego/ którym wówczas był Lew Kazimierz Sapiecha/, biorąc udział w wojnie z najazdem moskiewskim, szwedzkim i węgierskim”. Mieszkający w Polsce Włoch, Tommaso Talenti, w liście do Wielkiego Księcia Toskanii, pisanym z Warszawy 16 lutego 1689 roku, podał informację, że Łyszczyński „był przez osiem lat jezuitą”. Okres ten / 1658-1666/ był wypełniony przede wszystkim studiami; najpierw w Krakowie, potem cztery lata w Kaliszu i wreszcie we Lwowie. Z zakonu jezuitów wystąpił Łyszczyński w pierwszej połowie 1666 r.
Tak więc po okresie służby wojskowej i po okresie studiów filozoficznych w kolegiach jezuickich rozpoczął się w życiu Łyszczyńskiego trzeci okres – zaangażowania w działalność polityczną, o czym świadczy jego udział w sejmikach i sejmach, potwierdzony przez dokumenty.
Jako podsędek województwa brzeskolitewskiego Łyszczyński wziął udział w rozprawie sądowej przeciwko jezuitom, którzy bezprawnie przywłaszczyli sobie dwa ogrody po zmarłym mieszczaninie brzeskim Łukaszu Mincarewiczu. Do sądzenia tej sprawy ufundowano jurysdykcję komisarską. Na wyroku nakazującym oddanie zagarniętych ogrodów widnieje podpis Kazimierza Łyszczyńskiego – nie tylko jako podsędka brzeskiego, ale również jako „komisarza Jego królewskiej Mości”. (więcej…)

Czytaj więcej

Manifest humanistyczny

Manifest humanistyczny 2000
o nowy globalny humanizm

I. PREAMBUŁA

Humanizm jest postawą światopoglądową w etyce, nauce i filozofii, która zmieniła świat. Jego dziedzictwo sięga dorobku filozofów i poetów starożytnej Grecji i Rzymu, Konfucjańskich Chin i ruchu Czarwaka w klasycznych Indiach. Humanistyczni artyści, pisarze, uczeni i myśliciele kształtowali erę nowoczesną przez pół tysiąclecia. W istocie humanizm i modernizm były często traktowane jako synonimy; idee i wartości humanistyczne są bowiem wyrazem nowoczesnego przekonania, że ludzie zdołają rozwiązać swoje problemy i pokonać niezbadane granice.

Nowożytny humanizm narodził się w epoce Renesansu. Zapoczątkował wówczas rozwój nowoczesnej nauki. W epoce Oświecenia zasiał nowe ideały sprawiedliwości społecznej i stał się źródłem inspiracji dla demokratycznych rewolucji naszych czasów. Przyczynił się do ukształtowania nowej koncepcji etycznej, kładącej nacisk na wartość wolności i szczęścia oraz doniosłość powszechnych praw człowieka.

(więcej…)

Czytaj więcej

Komentarze poolimpijskie z Dziennika Pl.

Komentarze poolimpijskie 1
Wypowiedzi: 2184
1 2 3 4 … 219 starsze
• ~lecz się rudy2012­08­12 10:40
TuskosPOrtowcy doznali klęski na Olimpiadzie. Okazało się, że sam pijar i zachęty rudego guru sekty POwian nie
wystarczą, a sam rudy guru sekty schował się w mysią norę i udaje, że nie istnieje:) Śmieszny rudy, pijarowski napinacz i
tyle.

~Jest2012­08­12 10:30
DOBRYM PREMIEREM

~ELBLĄŻANKA2012­08­11 18:02
P TUSK CZY PAN SIE NIE WSTYDZI ŻE TAK OBYWATELE DUMNEJ POLSKI TAK PISZĄ O PREMIERZE???
PODAJ SIĘ DO DYMISII ALE SZKODA KASY///???PRAWDA MASZ TO W D…E GRUNT TOLUKSUS A CO TAM
POLACY PUKI MOŻNA KORZYSTAĆ DO O PORU A HONOR PANIE PREMIERZE WSTYD WSTYD WSTYD

~POlski antymidas czego się nie tknie to zamienia w2012­08­11 17:58
Tuskopolaki wzięły w doopsko na olimpiadzie to ich rudy guru z nory nie wylezie :))

~kalasanty2012­08­11 14:55
Tusk jako premier to jest mniejsze zło.Gdyby Kaczynski został premierem to byłoby zdecydowanie jwezcze gorzej..Nie
widac niestety w tej chwili,któraby umiałaby wyprowadzic kraj z tej zapasci.W aktualnej chwili nie mamy niestety w
naszym narodzie ani jednej osoby,któraby umiała pokierować polskim narodem w tych trudnych czasach.Szkoda że tak
jest.Ale taka jest prawda.­
(więcej…)

Czytaj więcej

Narodziny kwantowego internetu

Narodziny kwantowego internetu – Piotr Cieśliński
Chińczycy teleportowali kwanty światła na odległość blisko 100 km. To ogromny sukces. – I wstęp do tworzenia opartej na satelitach globalnej sieci odpornej na podsłuch – zapowiadają w „Nature” naukowcy, tórzy przeprowadzili eksperyment  sieciach kwantowych poufność przekazywanej informacji gwarantują podstawowe prawa fizyki. Klucz cyfrowy przesyłany jest za pomocą pojedynczych kwantów światła (fotonów), których nie da się ukradkiem skopiować”. Każda próba przechwycenia i podglądnięcia fotonów musi skończyć się zmianą ich stanu kwantowego, co alarmuje odbiorcę, że ktoś próbuje założyć podsłuch. Jeśli zaś przekaz jest niezakłócony, to możemy spać spokojnie – mamy całkowitą pewność, że nikt nie odczytał wiadomości. Pierwszą sieć uruchomiono kilka lat temu w Wiedniu, ale miała ona zasięg lokalny. Na razie są problemy z transmisją kwantowych stanów za pomocą światłowodów na odległości większe niż kilkanaście kilometrów.
Jak wynika z dzisiejszego „Nature”, lepsze efekty osiąga się, przesyłając fotony do celu bezpośrednio w powietrzu. (więcej…)

Czytaj więcej

Moje zapiski – Okres okupacji

Okres okupacji
1.09.1939 R Wybuchła II- Wojna Światowa. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Chłodnej Nr 15.róg ulicy Waliców w pięknej kamienicy, w której mieściła się prywatna, żeńska szkoła – Gimnazjum i Liceum pp. Reginy Gaczeńskiej i Eweliny Kacprowskiej. W tej szkole mój ojciec był woźnym i z tego tytułu zajmowaliśmy służbowe mieszkanie. Zarządzono mobilizację i mój ojciec został powołany do wojska. Moją szkołę, do której chodziłem do wybuchu wojny – przy ul. Chłodnej 11/13 róg Waliców zajęli Niemcy na koszary dla swojego wojska. Miałem więc jeden rok stracony. Od września 1940 r Rozpocząłem naukę w 6 klasie w Szkole Podstawowej Nr 100 przy ul. Młynarskiej za Zajezdnią Tramwajową. W 6 klasie wychowawczynią naszą była p. Kazimiera Bajówna. Od września 1941 r. chodziłem do 7 klasy, w której wychowawczynią naszą została p. Janina Górnicka. Obie nasze wychowawczynie były instruktorkami harcerskimi jeszcze z przed wojny. Pewnego razu p. Janka Górnicka poprosiła mnie i jeszcze kilku moich kolegów czy nie zechcielibyśmy pomóc jej przewieźć trochę kartofli do domu. Dała nam klucze do swojego mieszkania i adres (mieszkała na ul. Ludwiki ?). Kiedy zawieźliśmy te ziemniaki, postanowiliśmy zażartować sobie schowaliśmy worek z ziemniakami gdzieś głęboko pod tapczanem a na widocznym miejscu zostawiliśmy kartkę, że była łapanka na mieście i kartofle zabrali Niemcy. Na drugi dzień nasza wychowawczyni zaprosiła nas na placki kartoflane. Kiedy przyszliśmy na umówioną godzinę były już u niej nasze koleżanki z klasy, które obierały, tarły, smażyły już te obiecane placki? Po zjedzeniu tych placków p. Janka zorganizowała nam różne zabawy towarzyskie, w starego kawalera, głuchy telefon, trochę pośpiewaliśmy, tak że wieczór spędziliśmy b. przyjemnie i tak to się zaczęło.

Początkowo nasze spotkania u niej tylko charakter towarzyski, ale w niedługim czasie zaproponowała nam uczestnictwo w Tajnym Harcerstwie. Naturalnie, że wszyscy z nas z wielkim zapałem wyraziliśmy zgodę. Powstał zastęp chłopców. Naszą zastępową została Miecia Maliszewska, dziewczyna b. fajna imponowała nam bo świetnie pływała,  nawet próbowaliśmy z nią się siłować. Ze strzępów informacji jakie posiadam w październiku 1942r była maturzystką. Prawdopodobnie zginęła z całą rodziną w pierwszych dniach powstania w swoim domu przy ul. Redutowej. W grupie tej oprócz mnie byli: Mirek Malinowski, Stefan Mączyński, Andrzej Wojciechowski, Janek Zalewski i Jurek Zbroja. We wrześniu 1942 r. na zbiórce Miecia powiadomiła nas o naszym w najbliższym czasie rozstaniu. W październiku 1942 r., po uroczystej konspiracyjnej, przysiędze złożonej na ręce Tadeusza Wiśniewskiego „Pantery” – członka nowo powstałej Komendy Zawiszy, najmłodszej grupy harcerskiej wchodzącej w skład Szarych Szeregów. Rozpoczął się dla nas nowy etap już bardziej zorganizowanego życia konspiracyjnego. Nasze koleżanki z klasy wstąpiły do żeńskiej drużyny harcerskiej. Wśród nich były: Janina i Barbara Jemiołkowskie, Irena Matysikówna, Zofia Riedelówna, Adrianna Wodnicka. Wszystkie brały udział w Powstaniu Warszawskim : Janina Jemiołkowska, Irena Matysiakówna, Zofia Riedelówna i Adrianna Wodnicka jako sanitariuszki w harcerskim patrolu sanitarnym zostały zamordowane w dniu 5 sierpnia 1944 r. o godz. 18:00 w szpitalu św. Łazarza przy ul Wolskiej 18 w grupie 11 harcerek. Zamordowano wraz z nimi wszystkich lekarzy, wszystkich rannych powstańców, i na samym końcu 10 sióstr zakonnych, które zabijano pojedynczo ze słowami modlitwy na ustach – „pod Twoją obronę”. Wszystkie harcerki pochowane zostały na Cmentarzu Wojskowym Powązki kwatera 26 B. Barbara Jemiołkowska pseudonim „ Ara” urodzona 28.09.1929R. Harcerka WŻDH Nr 100, (Warszawska Żeńska Drużyna Harcerska) przeszkolona w służbie sanitarnej i łączności, w Powstaniu Warszawskim od 1 sierpnia 1944r. Łączniczka pierwszej linii batalionu AK „Chrobry I „. Zginęła podczas nalotu na Pasaż Simonsa na Starym Mieście, gdzie batalion kwaterował. Odznaczona dwukrotnie Krzyżem Walecznych, po raz drugi pośmiertnie. Pochowana na Cmentarzu Wojskowym Powązki kwatera 27 A. (Szczegółowy opis znajdziesz w książce Lucjana Fajera pt. „Żołnierze Starówki” str. 320 – 360). Muszę dodać, że wszystkie moje koleżanki po ukończeniu 7 klasy Szkoły Podstawowej Nr 100 zostały uczennicami Tajnego Gimnazjum pań Reginy Gaczeńskiej i Eweliny Kacprowskiej i w ich biogramie wyczytałem, że były uczennicami III klasy. Do dziś nie zdawałem sobie sprawy, że szkoła, w której do wybuchu wojny, woźnym był mój tata, zamknięta przez władze okupacyjne, tak jak wszystkie średnie i wyższe działała w podziemiu i moje koleżanki były jej uczennicami.  Kiedy powstało duże i małe „Getto” z ul. Chłodnej ja z moją matką i bratem z wszystkimi tymi ławkami i całym wyposażeniem tej szkoły przeprowadziliśmy się na ul. Żelazną 85. Po ukończeniu VII klasy Szkoły Podstawowej Nr 100, która w międzyczasie została przeniesiona z ul Młynarskiej do budynku mieszkalnego przy ul. Chłodnej 68 (na rogu placu Kercelego), ja i część moich kolegów zapisaliśmy się do II Miejskiej Szkoły Mechanicznej w Warszawie mieszczącej się początkowo na ul. Sandomierskiej 12 na Mokotowie. We wrześniu 1942 r. nasz zastęp przejął członek Komendy Zawiszy „Pantera” Rozwinięty już w drużynę. Drużynowym został Tadeusz Podkański „Longin” (mieszkał na ul. Bema). Nasza drużyna weszła w skład większego ugrupowania, był nim Rój „Giewont„ , którego pierwszym komendantem był „ Longin”. Rój wszedł w skład Proporca „ Giermkowie Zawiszy „dowodzonego przez „ Panterę.   Od jesieni 1943 r. komendantem roju „Giewont” został Teodor Spychalski – „Tedzik”. W tym czasie z zastępu, którego byłem członkiem powstała drużyna a z drużyny, w której byliśmy zastępowymi, powstało większe zgrupowanie – Rój ( odpowiednik hufca ). Rozpoczął się nabór chłopców. Przy pomocy naszych byłych nauczycielek zwerbowaliśmy kilkunastu młodszych kolegów za szkoły Nr 100 i kolegów z naszej szkoły zawodowej. Do naszych zawiszackich szeregów zostały też zwerbowane dwa patrole z uczniów szkoły powszechnej prowadzonej przez siostry Goldman (przy ul Filtrowej Nr 62) przez „Longina”, który też uczył się w tajnym gimnazjum sióstr Goldman. Drużyna a następnie rój przyjęła kryptonim „ Giewont „. A my drużynowi, przyjęliśmy pseudonimy bohaterów Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja -„ Babinicz”, Jurek Zbroja – „Charłamp”, Stefan Mączyński -„ Podbipięta „, Andrzej Wojciechowski – „Czarny„. Tylko Janek Zalewski z przekory wybrał sobie pseudonim – „Ślepowroński”. Drużyny te istniały w tych składach do końca 1943 r. gdyż później część starszych chłopców przeszła do „BS” W patrolach rozpoczęło się intensywne szkolenie młodszych kolegów w przede wszystkim w zakresie zasad konspiracji. Przechodziliśmy szkolenie z musztry, uczyliśmy się terenoznawstwa, alfabetu Morsa, samarytanki (udzielania I pomocy), pionierka czyli umiejętność budowy szałasu, kuchni polowej i wiązania różnych węzłów. Oprócz tradycyjnego szkolenia harcerskiego poznawaliśmy niemieckie stopnie wojskowe uczyliśmy się lokalizowania obiektów wojskowych i ich stacjonowania. Na tym biwaku zdobywaliśmy kilka sprawności harcerskich min. Trapera – wybudowaliśmy dwa szałasy z wikliny. Ja z Jurkiem Zbroją zdobyliśmy sprawność kucharza. Ugotowaliśmy zupę „Babchar” od pierwszych liter naszych pseudonimów – „ BABinicz i Charłamp. Na drugie były knedle z jabłkami. Wiem tylko, że było ich b. dużo chyba około 120 szt. Wpadł tez do nas na krótko mój brat Jurek uwidoczniony na zdjęciu jak z Jurkiem Zbroją mieszają naszą zupę w garnku zawieszonym nad ogniskiem. W trakcie powstawania nowych grup akty przysięgi i przyrzeczenia harcerskiego odbywały się dość często. Należy przypomnieć dwie i związane z nimi uroczystości. W dniu 21 listopada 1943r na cmentarzu w Michalinie na konspiracyjnej koncentracji hufca (Roju ?) ”Giewont” gdzie odbierał przyrzeczenie harcerskie na sztandar „Giermków Zawiszy„ Phm. „ Pantera” Z tej to właśnie uroczystości zachowały się fotografie. 26 Marca 1944r. na konspiracyjnej koncentracji hufca „Giewont” w Fabryce Narzędzi J. Dziewulskiego przy ul. Kolejowej Nr 51 Odbierał przyrzeczenie harcerskie kmdt Roju Phm. „Tedzik”. Od początku 1944r. Przeszedłem do grupy dla starszych chłopców o kryptonimie BS ( Bojowe Szkoły) Zostałem drużynowym, moim przybocznym został Stefan Mączyński pseudonim „Podbipięta„ na co dzień wołaliśmy na niego po prostu „ Mongoł”. W biogramie poległych odnalazłem tylko takie dane: Stefan Mączyński – „ Podbipięta, lat 17. Uczeń. Od jesieni 1942r. zastępowy w drużynie „Giewont” w Zawiszy na Woli – od wiosny 1944r. w BS-ach. Podczas Powstania Warszawskiego w 1 kompanii batalionu „Parasol” – Poległ 27 sierpnia 1944r. w Pałacu Krasińskich (szczegółowy opis w książce Lucjana Fajera pt. „ Żołnierze Starówki „ str. 320 – 360).
Wiele szczegółów z tamtego okresu po prostu zatarło mi się w pamięci Wiem, że przechodziliśmy przeszkolenie podoficerskie w ramach BS o kryptonimie „ Wiarus”. Na jakieś szkolenie z zakresu uzbrojenia mieliśmy pistolet jakiś chyba belgijski „FN” Na tej zbiórce rozbieraliśmy go na części, poznawaliśmy jego budowę i na podstawie tej broni ogólne zasady działania broni palnej. Po zbiórce ja z jeszcze jednym druhem miałem odnieść broń do jakiegoś punktu kontaktowego. Wiem, że z wielką dumą i pewną dozą emocji niosłem ulicami Warszawy, Żelazną gdzieś w okolice 6 Sierpnia ten maleńki, naładowany, odbezpieczony pistolet mijaliśmy posterunki przed jednostkami wojskowymi, patrole żandarmerii i żołnierzy. Świadomość ze mam tę broń gotową do strzału sprawiała, że w razie czego nie jestem bezbronny nie dam się im ująć bezkarnie – będę strzelał! Sprawiło mi to dużo zadowolenia, przysparzało wiele emocji i pamiętam o tym do dziś. Nie brałem udziału w żadnej większej akcji. Cała moja działalność ograniczała się do przenoszenia tajnej prasy, pisanie kredą po murach antyniemieckich haseł, rozbijaniu szyb w lokalach niemieckich. Mieliśmy zamiar usunąć niemiecki napis na gmachu Zachęty, że to jest „Deutsche Kulturhaus „. Oglądaliśmy ten gmach ze wszystkich stron, stały nawet w tym czasie przy tym gmachu wysokie rusztowania, ale w najbliższym otoczeniu tyle było posterunków, żandarmerii, że wydawało nam się wprost niepodobieństwem i skuć tę napisy bez zwrócenia na siebie uwagi w dzień a tym bardziej w nocy. Nic z tego nie wyszło. Zrezygnowaliśmy. Na kilka dni przed wybuchem powstania rozlepialiśmy, afisze, obwieszczenia, że w chwili wybuchu powstania władzę w mieście przejmują instytucje państwa Polskiego i każdy obywatel zobowiązany jest podporządkować się nowo powołanym władzom.

Mój udział w Powstaniu Warszawskim też był bardzo krótki. Po nieudanych próbach nawiązania łączności z moim bezpośrednim dowództwem i z moimi podkomendnymi, po niepowodzeniu dołączenia do jakiegoś innego oddziału (brak broni). Cała moja walka w powstaniu to: budowanie barykad na rogu Żelaznej i Ogrodowej, obrzucanie butelkami z benzyną czołgów „Panter” idących z Woli przy zbiegu ul. Wroniej i Chłodnej – bez powodzenia, czołgi rozniosły potężną barykadę, nasze butelki z benzyną nawet jeżeli trafiły celu to nie robiły im większej szkody – popaliły się trochę na pancerzu czołgu i po jakimś czasie pewnie zgasły. Nie mieliśmy do dyspozycji: granatów, pancerfaustów, miotaczy płomieni, min przeciwczołgowych. Jedynym wyraźnym śladem, że jednak toczyła się tam walka, to był fragment mózgu na ścianie muru i plama krwi, która pozostała po jednym z młodocianych powstańców. Biegaliśmy po pierwsze zrzuty na spadochronach jakie dostarczyli nam nasi piloci. Próbowaliśmy gasić płonące domy przy ul. Żelaznej. Brałem też udział w eskorcie grupy jeńców niemieckich. Był to dość silnie obsadzony punkt oporu około 20 ludzi b. dobrze uzbrojony. Znajdował się on w cukierni „Zomera” na rogu Chłodnej i Żelaznej, ostrzeliwali się oni z okien na 1 piętrze. Początkowe pertraktacje przez naszą grupę nie przynosiły pomyślnego rezultatu. Prowadził te rozmowy jakiś oficer rezerwy, który co prawda miał jakiś pistolet za pasem, ale jak mówili podobno nie miał do niego amunicji. Przy nim stało 2 rosłych powstańców z opaskami na rękawach, ale mieli tylko 2 granaty. Nasz oficer świetnie mówił po niemiecku, straszył ich ale nie wiele to dawało, bo był w tej grupie jeden SS-man, a on był nieprzejednany. Dopiero potężny wybuch spowodowany (podobno) wysadzeniem w powietrze kompleksu szkół zamienionych na koszary (róg Chłodnej i Waliców, do której chodziłem przed wojną do Podstawówki wystraszył ich tak bardzo, że zeszli do piwnicy i poddali się. Po rozbrojeniu ich przez naszych, prowadziłem całą grupę piwnicami (wyrąbanymi w murach przejściami ) do domu PPS na ul. Ogrodowej. Byłem bez broni miałem tylko latarkę elektryczną. Szło za mną 20 „szkopów” zakurzonych tynkiem, wielu z nich rannych słaniających się na nogach, podtrzymywanych przez kolegów, pokrwawionych. Ostatni odcinek drogi musieli przejść przez mieszkanie na parterze naszego domu i przez otwarte okno, poprzez wielką usypaną górę koksu, dotrzeć podwórzem do piwnic domu PPS, w których mieli być zatrzymani. Niemcy najpierw poprosili i trochę wody do picia i do umycia się, potem o jakieś środki opatrunkowe. Zajęły się nimi nasze panie – dostali wszystko – nakarmiły i dały do co mogły do picia. Ich broń zasiliła nasze oddziały Mój brat Jurek też dostał jakiś przedpotopowy karabin (oddał go ktoś z oddziału i zafasował lepszy po Niemcu), do którego naboje trzeba było wsuwać po jednym, bo nie miał żadnego podajnika. Z tą bronią i z tym oddziałem poszedł na starówkę. Już go więcej nie widziałem. (Z informacji nadesłanej przez PCK wynika, że po powstaniu został wywieziony do obozu Gross Rozen Nr więźnia 40530 ; 15.02.1945 r. przesłany został do obozu koncentracyjnego Flossenburg Komando Leitmeritz Nr więźnia 88297, zmarł 23.02.1945 r.. Natomiast mnie, po nagłym opuszczeniu naszego rejonu przez oddziały powstańcze 7 albo 8 sierpnia zagarnęły mnie oddziały pacyfikacyjne SS. i Ukraińców z Oddziałów „RONA „ (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armia) . Mieliśmy dużo szczęścia, bo, po pierwszym impecie, kiedy wszystkich bez pardonu mordowali a domy palili, nas po wyprowadzeniu z domu zagoniono do rozbierania barykad i zasypywania rowów przeciwczołgowych w rejonie Leszno róg Wroniej. Trwała wtedy jeszcze wielka strzelanina czołgi, za którymi kryli się żołnierze, ostrzeliwały rejon ulicy Żytniej. Na noc zaprowadzono nas do kościoła św. Stanisława. Też miałem wielkie szczęście, tej nocy nie byłem wzięty na rozwałkę.

Wiele informacji zawartych w mich notatkach pochodzą z „Rysu Historycznego”, Który opracowali: Hm. Tadeusz Wiśniewski, Podharcmistrz Jerzy Zbroja i Tadeusz Szczęsny. Członkowie Stowarzyszenia Szarych Szeregów Ul „ Wisła „ w Warszawie Chorągwi Warszawskiej, Krąg „Reduta” Wydano w Warszawie w listopadzie 1992 r
Patrz też do poprzedniego wpisu Ludobójstwo na mieszkańcach Woli – HR

Czytaj więcej

Ludobójstwo na mieszkańcach Woli

Trzydzieści, czterdzieści, a może sześćdziesiąt tysięcy ofiar? Nie znamy nawet przybliżonej liczby. W
pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Niemcy dokonali ludobójstwa na cywilnych mieszkańcach Woli. Zbrodnia
ta nie doczekała się poważnych badań
Tekst z archiwum dodatku Plus Minus, sierpień 2009
Jeszcze życie toczyło się normalnie – na tyle, na ile to możliwe pod koniec piątego roku okupacji. Fryzjer na Okopowej strzygł i
golił brzytwą. Na Pańskiej krawcowa przyjmowała poprawki. W małej restauracyjce na rogu Spokojnej i Okopowej można było się
napić kawy. Ulicami jeździły furmanki, a Chłodną – nazywaną Marszałkowską zachodniej Warszawy – mknął tramwaj. Ale ludzie
wciąż mieli przed oczami to, co pozostało po getcie.
Czerwone budynki fabryk mieszały się ze skromnymi domami i kamienicami. Dla 11­letniego Wiesława Kępińskiego Wola była
całym światem. Mieszkał z rodziną w drewnianym domku naprzeciwko parku Sowińskiego, a w jego okolicy żyła cała rodzina.
W fabryce Franaszka nadal produkowano kolorowy papier. Kazimierz Franaszek, potomek powstańca styczniowego, pozostał
wierny dewizie: „U nas wszystko musi być najlepsze”. Podczas wojny wykorzystał to, że zakład nie przeszedł pod zarząd niemiecki,
więc wykonywał znakomitej jakości podrobiony papier ze znakami wodnymi na potrzeby Armii Krajowej. Regularnie wypłacał
pracownikom pobory, dbał o rodziny zabitych i więzionych, angażował się w wyciąganie ludzi z łapanek. Czuć było koniec wojny,
kiedy wybuchło powstanie. (więcej…)

Czytaj więcej