Ludobójstwo na mieszkańcach Woli

Trzydzieści, czterdzieści, a może sześćdziesiąt tysięcy ofiar? Nie znamy nawet przybliżonej liczby. W
pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Niemcy dokonali ludobójstwa na cywilnych mieszkańcach Woli. Zbrodnia
ta nie doczekała się poważnych badań
Tekst z archiwum dodatku Plus Minus, sierpień 2009
Jeszcze życie toczyło się normalnie – na tyle, na ile to możliwe pod koniec piątego roku okupacji. Fryzjer na Okopowej strzygł i
golił brzytwą. Na Pańskiej krawcowa przyjmowała poprawki. W małej restauracyjce na rogu Spokojnej i Okopowej można było się
napić kawy. Ulicami jeździły furmanki, a Chłodną – nazywaną Marszałkowską zachodniej Warszawy – mknął tramwaj. Ale ludzie
wciąż mieli przed oczami to, co pozostało po getcie.
Czerwone budynki fabryk mieszały się ze skromnymi domami i kamienicami. Dla 11­letniego Wiesława Kępińskiego Wola była
całym światem. Mieszkał z rodziną w drewnianym domku naprzeciwko parku Sowińskiego, a w jego okolicy żyła cała rodzina.
W fabryce Franaszka nadal produkowano kolorowy papier. Kazimierz Franaszek, potomek powstańca styczniowego, pozostał
wierny dewizie: „U nas wszystko musi być najlepsze”. Podczas wojny wykorzystał to, że zakład nie przeszedł pod zarząd niemiecki,
więc wykonywał znakomitej jakości podrobiony papier ze znakami wodnymi na potrzeby Armii Krajowej. Regularnie wypłacał
pracownikom pobory, dbał o rodziny zabitych i więzionych, angażował się w wyciąganie ludzi z łapanek. Czuć było koniec wojny,
kiedy wybuchło powstanie.
Byli zwykłymi ludźmi. Nie mieli żadnych ambicji politycznych. Nie chcieli być ministrami, wojewodami, starostami. Chcieli tylko
żyć. I nie udało się. – Eugeniusz Trepczyński, lat 85, wysoki, z gładko zaczesanymi siwymi włosami, siedzi w fotelu w mieszkaniu
córki. Przeżył cudem, więc może opowiadać o tych, z którymi szedł na śmierć.
Powstanie zastało go w szpitalu wolskim, przy Płockiej. Leczył tam zapalenie otrzewnej. W czarną sobotę 5 sierpnia, koło południa,
do szpitala wkroczyli żołnierze w niemieckich mundurach. W szlafroku, wraz z innymi chorymi, którzy mogli chodzić, wypędzono
go na dziedziniec. Stamtąd szpitalny pochód ruszył w stronę ulicy Górczewskiej. Ulica płonęła, na chodnikach leżały porozrzucane
rzeczy. I trupy, mnóstwo trupów. Za wiaduktem kolejowym, w znajdujących się nieopodal halach fabrycznych zarządzono postój. Z
tego miejsca wywoływano po 10 – 20 osób „do kopania rowów”. Gdy już się przerzedziło, Trepczyński znalazł się w kolejnej
dwudziestce. – Idziemy i nagle widzimy, że przed nami ludzi rozstrzeliwują – wspomina. Zaczął odmawiać: „Pod Twoją obronę”.
Mężczyzna, który szedł wraz z nim, upuścił kule i kurczowo chwycił się ramienia Trepczyńskiego. – Mówi: „Daj pyska, już się nie
zobaczymy”. Usłyszałem strzały. Kolega pociągnął mnie na ziemię. Nie wiedziałem, czy żyję. Słyszałem i odczuwałem, ale rozum
mi mówił: Przecież nie wiesz, jak jest po śmierci – opowiada Trepczyński. Tak doleżał do nocy. Potem, wraz z innym ocalonym,
uciekł. Szacuje się, że przy wale kolejowym przy Moczydle Niemcy zabili ok. 10 tys. ludzi.
Nie wiadomo, ile osób w sumie zginęło na Woli w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Powojenne dane mówiły o ponad 60 tys. Dziś
historycy skłonni są twierdzić, że było to raczej między 30 a 50 tys. ofiar. Los zwykłych, cywilnych mieszkańców robotniczej
dzielnicy nie wzbudza jednak takich emocji, jak bohaterstwo powstańców. Ich śmierć nie była heroiczna, była jednak tragiczna.
Rozkaz: zgładzić mieszkańców
Gdy 1 sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie, nie mogli przypuszczać, że staną się pierwszymi ofiarami rozkazu
Hitlera, by miasto zrównać z ziemią, a mieszkańców zgładzić. Rozkaz, który Adolf Hitler przekazał odpowiedzialnemu za
stłumienie powstania Heinrichowi Himmlerowi, 3 sierpnia dotarł do jednostek niemieckich stacjonujących w stolicy. Każdy, kto
dostał się w ręce żołnierzy niemieckich w następnych dniach, był przeznaczony na śmierć.
Dlaczego Niemcy zaczęli od Woli? Pozornie decyzja mogła wydawać się przypadkowa. Jednak Leszek Rysak, historyk pracujący w
IPN, związany z Wolą od pokoleń, zwraca uwagę, że w rejonie Bemowa, Boernerowa, Gorców i Ulrychowa stacjonowały
niemieckie jednostki operacyjne przeznaczone na front wschodni. – Główny kierunek działań niemieckich prowadzony był wzdłuż
Wolskiej, Chłodnej, Elektoralnej. Wtedy główne arterie komunikacyjne z zachodu na wschód wiodły właśnie tymi ulicami – mówi
Rysak. Wzdłuż tych ulic, wraz z siłami walczącymi z powstaniem, szły jednostki, których zadaniem było likwidowanie ludności
cywilnej. Do tych celów została skierowana złożona z kryminalistów brygada Oskara Dirlewangera, a także kolaborująca z
Niemcami Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa (RONA) pod dowództwem Bronisława Kamińskiego. Z Poznania sprowadzono
specjalne wsparcie – dowództwo powierzono Heintzowi Reinefarthowi.
Elżbieta Piechocka, dziś elegancka, zadbana starsza pani, miała 15 lat, gdy wybuchło powstanie. Dom przy Wolskiej 64, w którym
mieszkała wtedy z rodzicami, miał dwa piętra. W drugi dzień powstania od 6 rano cywile wznosili barykadę. Włożyła lekko
znoszoną letnią sukienkę, pantofle i wybiegła pomagać. Wróciła do domu, a po kilku godzinach usłyszeli łomotanie do drzwi.
Otworzył ojciec w kolejowym mundurze. – Chyba to podziałało, bo łagodnie się z nami obeszli – opowiada Piechocka. Wraz z
matką trafiła do kościoła św. Wojciecha, który zamienił się w tym czasie w obóz przejściowy. Po tygodniu przewieziono je do
Pruszkowa, a stamtąd na roboty do Niemiec.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Aleksandra Kreczkiewicz mieszkała przy Górczewskiej 45. 2 sierpnia do jej domu weszli Niemcy.
Kazali mieszkańcom przenieść się do kamienicy naprzeciwko. Jej dom, tak samo jak sąsiednie, został spalony.
4 sierpnia Niemcy okrążyli kamienicę, w której przebywało kilkaset osób. Wydali polecenie opuszczenia domu. Na pytanie jakiejś
pani, gdzie nas prowadzą, odpowiadają: „Z waszej winy giną niemieckie kobiety i dzieci, dlatego wy wszyscy musicie zginąć” –
wspominała Kreczkiewicz. Nie miała wątpliwości, co się stanie. Na miejscu straceń słyszała jeszcze strzały, a potem straciła
przytomność. Gdy się ocknęła, widziała, jak oprawcy dobijają rannych. Jej udało się uciec dzięki kłębom dymu, które osłoniły
miejsce, w którym leżała. Kreczkiewicz składała swoje zeznania we wrześniu 1944 r., leżąc ranna w Podkowie Leśnej.
Żyjących do dziś świadków tamtych zdarzeń można policzyć na palcach. Wiesław Kępiński był 11­letnim chłopcem, kiedy cudem
uratował się z egzekucji przy prawosławnej cerkwi. Jego rodzina – ojciec, matka, malutki braciszek, dorosły brat z ciężarną żoną
oraz kilkadziesiąt innych osób – po wybuchu powstania ukryła się w piwnicach cerkwi. Rano 5 sierpnia w piwnicznych okienkach
zobaczyli lufy karabinów. Gdy wyszli, okazało się, że szeregi żołnierzy z trzech stron odcinają drogę ucieczki, a naprzeciwko, na
torach tramwajowych, stoi karabin maszynowy. Schwytanych ustawiono w rowie, tyłem do wału okalającego cmentarz. Niemcy
przygotowali wszystko z precyzją i starannością. „Dziś i zawsze widzę dokładnie to, co się działo przy mnie w tych minutach, ale
nie słyszę nic. Nie słyszę nawet siebie samego, jak proszę prowadzącego nas Niemca, żeby nas nie zabijał” – napisał po latach.
Pamięta tylko, że matka powtarzała: „Zabiją nas, zabiją”. Zanim padły strzały, odwrócił się i wbiegł na wał. Kula trafiła go już na
szczycie, dzięki czemu, gdy upadł, zsunął się na drugą stronę i dla oprawców stał się niewidoczny. Przeżył dzięki pomocy
przygodnie napotkanych ludzi. Kępiński, po wojnie asystent Jarosława Iwaszkiewicza, swoją historię opisał trzy lata temu w książce
„Sześćdziesiąty pierwszy”. Tytuł pochodzi od liczby zabitych, jaką wypisano na odsłoniętym w 2004 r. pomniku przy Wolskiej 140,
w miejscu egzekucji przy cerkwi. W rzeczywistości rozstrzelano tam 60 osób. „Gdzie jest nieścisłość? Nie będę dochodził. Mogę
się tylko cieszyć, że i mnie policzono, że mam swój pomnik – ale żyję” – napisał.
Zatarte ślady zbrodni
To, co w sierpniu działo się na Woli, można zrekonstruować tylko fragmentarycznie na podstawie świadectw osób, które przeżyły. Z
wielu miejsc egzekucji nie uszedł z życiem nikt. Zachowały się jedynie wspomnienia o stosach trupów. Niemcy starali się zatrzeć
ślady zbrodni, paląc ciała. W 1946 r. Warszawska Komisja Badania Zbrodni Niemieckich przesłuchiwała świadków. Zeznania tych,
którzy przeżyli, zostały spisane rzeczowo, urzędowo, formalnie. Szczegółowe w opisach zbrodni, pozbawione emocji.
Jedną z relacji złożyła harcerka Szarych Szeregów Wanda Łokietek­Borzęcka. 5 sierpnia z grupą koleżanek przebywała w szpitalu
św. Łazarza przy Lesznie. Około godziny 18 na teren placówki wkroczyli Niemcy. Borzęcka była świadkiem, jak jedna z koleżanek
– wiedząc już, że tego dnia zginął jej brat – prosiła, by Niemiec ocalił ją dla matki. „Błagałam, mówiąc cytuję: „Boże, co moja
biedna mama powie, co się stanie, jak się dowie, że i ja nie żyję, ona skona z rozpaczy”. Biedna została wyprowadzona przez tegoż
Niemca za mur, tam najprawdopodobniej wykorzystał ją, a potem przyprowadził szlochającą w to samo miejsce i strzelił tak
niefortunnie, że żyła jeszcze, męcząc się straszliwie. Po jakimś czasie ten sam łotr dobił ją” – zeznawała Borzęcka. Jej udało się
przeżyć, ponieważ uznano ją za zabitą.
Stefan Urlich, rocznik 1896, mieszkał przy ulicy Bema 56. Po sąsiedzku, pod numerem 54, mieściła się posesja nazywana od
nazwiska właściciela – Kosakiewicza. Na domu, z którego wcześniej wysiedlono mieszkańców, pojawiła się flaga Czerwonego
Krzyża, a przed nim stanęli na warcie esesmani. W tych dniach duże grupy ludności cywilnej kierowano w stronę Dworca
Zachodniego. Urlich zauważył, że esesmani odłączają z pochodu dzieci, kaleki, staruszki, kobiety ciężarne i kierują ich do posesji
Kosakiewicza. Przejeżdżając, widział w oknach twarze dzieci i starców. Dom wypełniony był po brzegi.
Urlich nie był w stanie sobie przypomnieć daty – było to 5 lub 6 sierpnia – pewien był jednak, że między godziną 23 a północą
usłyszał jęki i krzyki. „Zobaczyłem wtedy, że dom numer 54 stoi w płomieniach, a jednocześnie słyszałem dochodzące z płonącego
domu straszne krzyki i przekleństwa rzucane na Niemców i wołanie dzieci: „Mamo”. Nikt z płonącego domu nie uciekał, z tej
strony okna były zabite deskami, drzwi musiały być zamknięte. Zrozumiałem, iż płoną ludzie żywi zamknięci w domu, a żołnierze
niemieccy stacjonujący naprzeciwko w fabryce Lilpopa ostrzeliwują okna wychodzące na Bema”.
Tego dnia Niemcy zabili także, a potem spalili ok. tysiąca osób spędzonych wcześniej na dziedziniec fabryki Franaszka. Wśród
ofiar byli pracownicy zakładu, a także Kazimierz Franaszek z rodziną.
Zabite szpitale
Niemcy nie respektowali żadnych konwencji międzynarodowych. Pacyfikacji podlegały także szpitale – zarówno personel, jak i
chorzy. Szpital wolski znajdował się na granicy terenów zajętych przez powstańców. 5 sierpnia przy wejściu do lecznicy dyżurowali
ordynator chirurgii dr Marian Piasecki i świetnie znający język niemiecki pediatra dr Janusz Zeyland. Po wkroczeniu na teren
szpitala, ok. godziny 2.30 oficer SS polecił zaprowadzić obu lekarzy oraz kapelana szpitalnego ks. Ciecierskiego do gabinetu
dyrektorskiego. Tam zabito ich strzałami w tył głowy.
Wiesława Chełmińska, lat 14, udała się wraz z matką do szpitala św. Łazarza odwiedzić siostrę. Były przy chorej, gdy około
godziny 19 Niemcy weszli na teren szpitala. Padł rozkaz, by wszyscy, którzy mogą chodzić, wyszli. Siostra Chełmińskiej, jako
pacjentka leżąca, została w sali. Po wyjściu na dziedziniec Chełmińska zobaczyła, że pod murem stoi już ok. 500 osób.
„Posłyszałam strzały w piwnicy i zobaczyłam, iż esesmani przez okna strzelają do leżących w piwnicy rannych” – zeznawała.
Jednak najgorsze było dopiero przed nimi. Niemcy grupami zapędzali stojących na dziedzińcu ludzi do piwnicy. Weszła z matką.
„Kazano mi wejść do oddziału, gdzie leżał stos trupów wysokości jednego metra i kałuże krwi. Mnie i matce kazano wejść na
zwłoki. Matka weszła pierwsza i widziałam, jak esesman strzelił jej w tył głowy i jak upadła. Weszłam za nią i upadłam, nie
czekając aż żołnierz do mnie strzeli. Strzelił jednak, raniąc mnie w prawe ramię. Po mnie musiało wchodzić około 20 osób na stos,
zanim je rozstrzelano” – opowiadała. Po akcji Niemcy podpalili piwnice. Gdy odeszli, Chełmińska z inną kobietą, która także
ocalała z egzekucji, wśród trupów błąkały się jeszcze kilka dni. W szpitalu św. Łazarza spośród całego personelu i chorych ocalało
25 osób.
Z trzech wolskich szpitali Niemcy oszczędzili tylko jeden – szpital zakaźny św. Stanisława. Przypisywano to potem postawie jego
dyrektora dr. Pawła Kubicy, pochodzącego ze Śląska, który zrobił „dobre wrażenie”, bo potrafił po niemiecku krzyczeć na
żołnierzy.
Trauma na zawsze
Dowodzący oddziałami SS tłumiącymi powstanie gen. Erich von dem Bach 5 sierpnia w godzinach popołudniowych odwołuje
częściowo rozkaz o całkowitej eksterminacji ludności. Zakazuje mordowania kobiet i dzieci. – Brakowało amunicji i do walki, i do
zabijania ludności – wyjaśnia Leszek Rysak. Polecenie dotarło do oddziałów dopiero 6 sierpnia – na wysokości ulicy Karolkowej.
Jeszcze rozstrzelano 30 ojców redemptorystów z pobliskiego klasztoru, darowano jednak życie kierownikowi szkoły i jego rodzinie.
Stanisław Wojciech Talikowski, adwokat, wspominał, że 7 sierpnia nad ranem ze skrzyżowania Chłodnej z Żelazną wycofała się
kompania kpt. Sosny. Wkrótce potem w drzwiach piwnicy pojawił się żołnierz w mundurze niemieckim. „Zawołał po polsku:
»Wychodźca, nie bójta się, wy mata szczęście, nikt nie będzie rozstrzelany«. Był to Ślązak z oddziałów Reinefartha” – opowiadał
Talikowski.
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Cmentarz Powstańców Warszawy. W tym miejscu złożono 12 ton prochów ludzi zabitych podczas egzekucji na Woli

źródło: Archiwum
Niemieckie zdjęcie lotnicze z 5.09.1944. 1. Miejsce największej egzekucji 2. ulica Górczewska 3. Szpital Wolski (dziś Instytut
Gruźlicy i Chorób Płuc) 4. Fabryka Ursus 5. Fabryka Franaszka 6. Kościół św. Stanisława 7. Cerkiew przy ul. Wolskiej
+zobacz więcej zdjęć
Redakcja poleca:

Pamięć o rzezi na Woli

Trzydzieści, czterdzieści, a może sześćdziesiąt tysięcy ofiar? Nie znamy nawet przybliżonej liczby. W pierwszych dniach sierpnia
1944 r. Niemcy dokonali ludobójstwa na cywilnych mieszkańcach Woli. Zbrodnia ta nie doczekała się poważnych badań
Nie oznacza to, że całkowicie zaprzestano mordowania ludności cywilnej. Dalszych zbrodni Niemcy dokonywali już na własną
rękę. Joanna Kryńska, młoda lekarka ze szpitala św. Stanisława, biegle znając niemiecki, tłumaczyła rozmowy z Niemcami.
„Dirlewanger w rozmowie opowiadał mi, iż jest przyjacielem Himmlera, wszyscy oficerowie bardzo się z nim liczyli i mówili, że
jest to ważna osobistość. W czasie pobytu Dirlewangera w szpitalu aż do końca września 1944 r. sprowadzano dla niego z domów
Warszawy bardzo piękne dywany i srebra”. Według Kryńskiej Dirlewanger miał tłumaczyć, że to, co dzieje się w Warszawie z
ludnością cywilną, jest niczym wobec tego, co działo się w Rosji, „gdzie jego żołnierze nie pozostawili po sobie żywego człowieka,
mordując i gwałcąc kobiety”.
Jednak także w Polsce zachowanie Niemców musiało budzić grozę. „Kiedy wreszcie wyszliśmy wszyscy z piwnic i ustawili się
półkolem w drugim podwórzu, zobaczyliśmy zwycięzców gospodarujących w naszych mieszkaniach. Niektórzy Niemcy byli pijani,
ci właśnie z dzikim wyrazem twarzy i pistoletami maszynowymi w garści, zachowywali się krzykliwie i przerażali nas swoim
nieobliczalnym zachowaniem. Inni plądrowali mieszkania i zjadali znalezioną żywność. Ten niósł talerz jajek, tamten przewiesił
sobie na szyi kiełbasę, jeszcze inny znalazł butelkę wina i na naszych oczach obtrącił szyjkę butelki o trzepak na podwórzu i pił z
kompanami” – zeznawał adwokat Talikowski.
Ocaleni z egzekucji żyli w traumie. Czasem tak silnej, że nie pozwala nawet po kilkudziesięciu latach na powrót do tamtych
wydarzeń. W 2005 r. odbył się pokaz filmu „Bitwa o Warszawę”. Wystąpił w nim ocalony z egzekucji pod cerkwią Wiesław
Kępiński. Po programie zadzwonił do niego znajomy z informacją, że z egzekucji tej ocalała jeszcze jedna osoba – dziewczynka,
którą Kępiński doskonale pamiętał. Jednak Maria C. nie zgodziła się na podanie Kępińskiemu swoich danych adresowych.
Historia rzezi Woli nie doczekała się wielu opracowań. Jeśli się pisało o sierpniu 1944 r. w dzielnicy, to przez pryzmat walczących
powstańców. Jednak pamięć o ludobójstwie od kilku lat wzbudza coraz większe zainteresowanie lokalnych środowisk. Jan
Zieliński, lekarz z Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc, wydał książkę „Szpital dobrej Woli”, w której opisuje dzieje szpitala podczas
wojny. Pojawiły się tablice upamiętniające miejsca kaźni. W 2006 r. Michał Rogalski nakręcił film „12 ton. Oni wszyscy tam są”.
Punktem wyjścia stał się pomnik nagrobny na Cmentarzu Powstańców Warszawy. Po wojnie, w 1946 r., odbył się tu symboliczny
pogrzeb 115 tys. osób. Złożono 12 ton prochów. Znaczna część to prochy mieszkańców Woli.
Sierpień 2009
Korzystałam m.in. z książek : „Ludność cywilna w powstaniu warszawskim. Pamiętniki, relacje, zeznania”, „Zbrodnie niemieckie
podczas powstania w Warszawie” w: Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Wiesław Kępiński
„Sześćdziesiąty pierwszy”, Jan Zieliński „Szpital dobrej Woli” oraz relacji zamieszczonych w Archiwum Historii Mówionej
Muzeum Powstania Warszawskiego.

5.08.2012 Byłem, ale przeżyłem – HR

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>