Moje zapiski – Okres okupacji

Okres okupacji
1.09.1939 R Wybuchła II- Wojna Światowa. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Chłodnej Nr 15.róg ulicy Waliców w pięknej kamienicy, w której mieściła się prywatna, żeńska szkoła – Gimnazjum i Liceum pp. Reginy Gaczeńskiej i Eweliny Kacprowskiej. W tej szkole mój ojciec był woźnym i z tego tytułu zajmowaliśmy służbowe mieszkanie. Zarządzono mobilizację i mój ojciec został powołany do wojska. Moją szkołę, do której chodziłem do wybuchu wojny – przy ul. Chłodnej 11/13 róg Waliców zajęli Niemcy na koszary dla swojego wojska. Miałem więc jeden rok stracony. Od września 1940 r Rozpocząłem naukę w 6 klasie w Szkole Podstawowej Nr 100 przy ul. Młynarskiej za Zajezdnią Tramwajową. W 6 klasie wychowawczynią naszą była p. Kazimiera Bajówna. Od września 1941 r. chodziłem do 7 klasy, w której wychowawczynią naszą została p. Janina Górnicka. Obie nasze wychowawczynie były instruktorkami harcerskimi jeszcze z przed wojny. Pewnego razu p. Janka Górnicka poprosiła mnie i jeszcze kilku moich kolegów czy nie zechcielibyśmy pomóc jej przewieźć trochę kartofli do domu. Dała nam klucze do swojego mieszkania i adres (mieszkała na ul. Ludwiki ?). Kiedy zawieźliśmy te ziemniaki, postanowiliśmy zażartować sobie schowaliśmy worek z ziemniakami gdzieś głęboko pod tapczanem a na widocznym miejscu zostawiliśmy kartkę, że była łapanka na mieście i kartofle zabrali Niemcy. Na drugi dzień nasza wychowawczyni zaprosiła nas na placki kartoflane. Kiedy przyszliśmy na umówioną godzinę były już u niej nasze koleżanki z klasy, które obierały, tarły, smażyły już te obiecane placki? Po zjedzeniu tych placków p. Janka zorganizowała nam różne zabawy towarzyskie, w starego kawalera, głuchy telefon, trochę pośpiewaliśmy, tak że wieczór spędziliśmy b. przyjemnie i tak to się zaczęło.

Początkowo nasze spotkania u niej tylko charakter towarzyski, ale w niedługim czasie zaproponowała nam uczestnictwo w Tajnym Harcerstwie. Naturalnie, że wszyscy z nas z wielkim zapałem wyraziliśmy zgodę. Powstał zastęp chłopców. Naszą zastępową została Miecia Maliszewska, dziewczyna b. fajna imponowała nam bo świetnie pływała,  nawet próbowaliśmy z nią się siłować. Ze strzępów informacji jakie posiadam w październiku 1942r była maturzystką. Prawdopodobnie zginęła z całą rodziną w pierwszych dniach powstania w swoim domu przy ul. Redutowej. W grupie tej oprócz mnie byli: Mirek Malinowski, Stefan Mączyński, Andrzej Wojciechowski, Janek Zalewski i Jurek Zbroja. We wrześniu 1942 r. na zbiórce Miecia powiadomiła nas o naszym w najbliższym czasie rozstaniu. W październiku 1942 r., po uroczystej konspiracyjnej, przysiędze złożonej na ręce Tadeusza Wiśniewskiego „Pantery” – członka nowo powstałej Komendy Zawiszy, najmłodszej grupy harcerskiej wchodzącej w skład Szarych Szeregów. Rozpoczął się dla nas nowy etap już bardziej zorganizowanego życia konspiracyjnego. Nasze koleżanki z klasy wstąpiły do żeńskiej drużyny harcerskiej. Wśród nich były: Janina i Barbara Jemiołkowskie, Irena Matysikówna, Zofia Riedelówna, Adrianna Wodnicka. Wszystkie brały udział w Powstaniu Warszawskim : Janina Jemiołkowska, Irena Matysiakówna, Zofia Riedelówna i Adrianna Wodnicka jako sanitariuszki w harcerskim patrolu sanitarnym zostały zamordowane w dniu 5 sierpnia 1944 r. o godz. 18:00 w szpitalu św. Łazarza przy ul Wolskiej 18 w grupie 11 harcerek. Zamordowano wraz z nimi wszystkich lekarzy, wszystkich rannych powstańców, i na samym końcu 10 sióstr zakonnych, które zabijano pojedynczo ze słowami modlitwy na ustach – „pod Twoją obronę”. Wszystkie harcerki pochowane zostały na Cmentarzu Wojskowym Powązki kwatera 26 B. Barbara Jemiołkowska pseudonim „ Ara” urodzona 28.09.1929R. Harcerka WŻDH Nr 100, (Warszawska Żeńska Drużyna Harcerska) przeszkolona w służbie sanitarnej i łączności, w Powstaniu Warszawskim od 1 sierpnia 1944r. Łączniczka pierwszej linii batalionu AK „Chrobry I „. Zginęła podczas nalotu na Pasaż Simonsa na Starym Mieście, gdzie batalion kwaterował. Odznaczona dwukrotnie Krzyżem Walecznych, po raz drugi pośmiertnie. Pochowana na Cmentarzu Wojskowym Powązki kwatera 27 A. (Szczegółowy opis znajdziesz w książce Lucjana Fajera pt. „Żołnierze Starówki” str. 320 – 360). Muszę dodać, że wszystkie moje koleżanki po ukończeniu 7 klasy Szkoły Podstawowej Nr 100 zostały uczennicami Tajnego Gimnazjum pań Reginy Gaczeńskiej i Eweliny Kacprowskiej i w ich biogramie wyczytałem, że były uczennicami III klasy. Do dziś nie zdawałem sobie sprawy, że szkoła, w której do wybuchu wojny, woźnym był mój tata, zamknięta przez władze okupacyjne, tak jak wszystkie średnie i wyższe działała w podziemiu i moje koleżanki były jej uczennicami.  Kiedy powstało duże i małe „Getto” z ul. Chłodnej ja z moją matką i bratem z wszystkimi tymi ławkami i całym wyposażeniem tej szkoły przeprowadziliśmy się na ul. Żelazną 85. Po ukończeniu VII klasy Szkoły Podstawowej Nr 100, która w międzyczasie została przeniesiona z ul Młynarskiej do budynku mieszkalnego przy ul. Chłodnej 68 (na rogu placu Kercelego), ja i część moich kolegów zapisaliśmy się do II Miejskiej Szkoły Mechanicznej w Warszawie mieszczącej się początkowo na ul. Sandomierskiej 12 na Mokotowie. We wrześniu 1942 r. nasz zastęp przejął członek Komendy Zawiszy „Pantera” Rozwinięty już w drużynę. Drużynowym został Tadeusz Podkański „Longin” (mieszkał na ul. Bema). Nasza drużyna weszła w skład większego ugrupowania, był nim Rój „Giewont„ , którego pierwszym komendantem był „ Longin”. Rój wszedł w skład Proporca „ Giermkowie Zawiszy „dowodzonego przez „ Panterę.   Od jesieni 1943 r. komendantem roju „Giewont” został Teodor Spychalski – „Tedzik”. W tym czasie z zastępu, którego byłem członkiem powstała drużyna a z drużyny, w której byliśmy zastępowymi, powstało większe zgrupowanie – Rój ( odpowiednik hufca ). Rozpoczął się nabór chłopców. Przy pomocy naszych byłych nauczycielek zwerbowaliśmy kilkunastu młodszych kolegów za szkoły Nr 100 i kolegów z naszej szkoły zawodowej. Do naszych zawiszackich szeregów zostały też zwerbowane dwa patrole z uczniów szkoły powszechnej prowadzonej przez siostry Goldman (przy ul Filtrowej Nr 62) przez „Longina”, który też uczył się w tajnym gimnazjum sióstr Goldman. Drużyna a następnie rój przyjęła kryptonim „ Giewont „. A my drużynowi, przyjęliśmy pseudonimy bohaterów Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja -„ Babinicz”, Jurek Zbroja – „Charłamp”, Stefan Mączyński -„ Podbipięta „, Andrzej Wojciechowski – „Czarny„. Tylko Janek Zalewski z przekory wybrał sobie pseudonim – „Ślepowroński”. Drużyny te istniały w tych składach do końca 1943 r. gdyż później część starszych chłopców przeszła do „BS” W patrolach rozpoczęło się intensywne szkolenie młodszych kolegów w przede wszystkim w zakresie zasad konspiracji. Przechodziliśmy szkolenie z musztry, uczyliśmy się terenoznawstwa, alfabetu Morsa, samarytanki (udzielania I pomocy), pionierka czyli umiejętność budowy szałasu, kuchni polowej i wiązania różnych węzłów. Oprócz tradycyjnego szkolenia harcerskiego poznawaliśmy niemieckie stopnie wojskowe uczyliśmy się lokalizowania obiektów wojskowych i ich stacjonowania. Na tym biwaku zdobywaliśmy kilka sprawności harcerskich min. Trapera – wybudowaliśmy dwa szałasy z wikliny. Ja z Jurkiem Zbroją zdobyliśmy sprawność kucharza. Ugotowaliśmy zupę „Babchar” od pierwszych liter naszych pseudonimów – „ BABinicz i Charłamp. Na drugie były knedle z jabłkami. Wiem tylko, że było ich b. dużo chyba około 120 szt. Wpadł tez do nas na krótko mój brat Jurek uwidoczniony na zdjęciu jak z Jurkiem Zbroją mieszają naszą zupę w garnku zawieszonym nad ogniskiem. W trakcie powstawania nowych grup akty przysięgi i przyrzeczenia harcerskiego odbywały się dość często. Należy przypomnieć dwie i związane z nimi uroczystości. W dniu 21 listopada 1943r na cmentarzu w Michalinie na konspiracyjnej koncentracji hufca (Roju ?) ”Giewont” gdzie odbierał przyrzeczenie harcerskie na sztandar „Giermków Zawiszy„ Phm. „ Pantera” Z tej to właśnie uroczystości zachowały się fotografie. 26 Marca 1944r. na konspiracyjnej koncentracji hufca „Giewont” w Fabryce Narzędzi J. Dziewulskiego przy ul. Kolejowej Nr 51 Odbierał przyrzeczenie harcerskie kmdt Roju Phm. „Tedzik”. Od początku 1944r. Przeszedłem do grupy dla starszych chłopców o kryptonimie BS ( Bojowe Szkoły) Zostałem drużynowym, moim przybocznym został Stefan Mączyński pseudonim „Podbipięta„ na co dzień wołaliśmy na niego po prostu „ Mongoł”. W biogramie poległych odnalazłem tylko takie dane: Stefan Mączyński – „ Podbipięta, lat 17. Uczeń. Od jesieni 1942r. zastępowy w drużynie „Giewont” w Zawiszy na Woli – od wiosny 1944r. w BS-ach. Podczas Powstania Warszawskiego w 1 kompanii batalionu „Parasol” – Poległ 27 sierpnia 1944r. w Pałacu Krasińskich (szczegółowy opis w książce Lucjana Fajera pt. „ Żołnierze Starówki „ str. 320 – 360).
Wiele szczegółów z tamtego okresu po prostu zatarło mi się w pamięci Wiem, że przechodziliśmy przeszkolenie podoficerskie w ramach BS o kryptonimie „ Wiarus”. Na jakieś szkolenie z zakresu uzbrojenia mieliśmy pistolet jakiś chyba belgijski „FN” Na tej zbiórce rozbieraliśmy go na części, poznawaliśmy jego budowę i na podstawie tej broni ogólne zasady działania broni palnej. Po zbiórce ja z jeszcze jednym druhem miałem odnieść broń do jakiegoś punktu kontaktowego. Wiem, że z wielką dumą i pewną dozą emocji niosłem ulicami Warszawy, Żelazną gdzieś w okolice 6 Sierpnia ten maleńki, naładowany, odbezpieczony pistolet mijaliśmy posterunki przed jednostkami wojskowymi, patrole żandarmerii i żołnierzy. Świadomość ze mam tę broń gotową do strzału sprawiała, że w razie czego nie jestem bezbronny nie dam się im ująć bezkarnie – będę strzelał! Sprawiło mi to dużo zadowolenia, przysparzało wiele emocji i pamiętam o tym do dziś. Nie brałem udziału w żadnej większej akcji. Cała moja działalność ograniczała się do przenoszenia tajnej prasy, pisanie kredą po murach antyniemieckich haseł, rozbijaniu szyb w lokalach niemieckich. Mieliśmy zamiar usunąć niemiecki napis na gmachu Zachęty, że to jest „Deutsche Kulturhaus „. Oglądaliśmy ten gmach ze wszystkich stron, stały nawet w tym czasie przy tym gmachu wysokie rusztowania, ale w najbliższym otoczeniu tyle było posterunków, żandarmerii, że wydawało nam się wprost niepodobieństwem i skuć tę napisy bez zwrócenia na siebie uwagi w dzień a tym bardziej w nocy. Nic z tego nie wyszło. Zrezygnowaliśmy. Na kilka dni przed wybuchem powstania rozlepialiśmy, afisze, obwieszczenia, że w chwili wybuchu powstania władzę w mieście przejmują instytucje państwa Polskiego i każdy obywatel zobowiązany jest podporządkować się nowo powołanym władzom.

Mój udział w Powstaniu Warszawskim też był bardzo krótki. Po nieudanych próbach nawiązania łączności z moim bezpośrednim dowództwem i z moimi podkomendnymi, po niepowodzeniu dołączenia do jakiegoś innego oddziału (brak broni). Cała moja walka w powstaniu to: budowanie barykad na rogu Żelaznej i Ogrodowej, obrzucanie butelkami z benzyną czołgów „Panter” idących z Woli przy zbiegu ul. Wroniej i Chłodnej – bez powodzenia, czołgi rozniosły potężną barykadę, nasze butelki z benzyną nawet jeżeli trafiły celu to nie robiły im większej szkody – popaliły się trochę na pancerzu czołgu i po jakimś czasie pewnie zgasły. Nie mieliśmy do dyspozycji: granatów, pancerfaustów, miotaczy płomieni, min przeciwczołgowych. Jedynym wyraźnym śladem, że jednak toczyła się tam walka, to był fragment mózgu na ścianie muru i plama krwi, która pozostała po jednym z młodocianych powstańców. Biegaliśmy po pierwsze zrzuty na spadochronach jakie dostarczyli nam nasi piloci. Próbowaliśmy gasić płonące domy przy ul. Żelaznej. Brałem też udział w eskorcie grupy jeńców niemieckich. Był to dość silnie obsadzony punkt oporu około 20 ludzi b. dobrze uzbrojony. Znajdował się on w cukierni „Zomera” na rogu Chłodnej i Żelaznej, ostrzeliwali się oni z okien na 1 piętrze. Początkowe pertraktacje przez naszą grupę nie przynosiły pomyślnego rezultatu. Prowadził te rozmowy jakiś oficer rezerwy, który co prawda miał jakiś pistolet za pasem, ale jak mówili podobno nie miał do niego amunicji. Przy nim stało 2 rosłych powstańców z opaskami na rękawach, ale mieli tylko 2 granaty. Nasz oficer świetnie mówił po niemiecku, straszył ich ale nie wiele to dawało, bo był w tej grupie jeden SS-man, a on był nieprzejednany. Dopiero potężny wybuch spowodowany (podobno) wysadzeniem w powietrze kompleksu szkół zamienionych na koszary (róg Chłodnej i Waliców, do której chodziłem przed wojną do Podstawówki wystraszył ich tak bardzo, że zeszli do piwnicy i poddali się. Po rozbrojeniu ich przez naszych, prowadziłem całą grupę piwnicami (wyrąbanymi w murach przejściami ) do domu PPS na ul. Ogrodowej. Byłem bez broni miałem tylko latarkę elektryczną. Szło za mną 20 „szkopów” zakurzonych tynkiem, wielu z nich rannych słaniających się na nogach, podtrzymywanych przez kolegów, pokrwawionych. Ostatni odcinek drogi musieli przejść przez mieszkanie na parterze naszego domu i przez otwarte okno, poprzez wielką usypaną górę koksu, dotrzeć podwórzem do piwnic domu PPS, w których mieli być zatrzymani. Niemcy najpierw poprosili i trochę wody do picia i do umycia się, potem o jakieś środki opatrunkowe. Zajęły się nimi nasze panie – dostali wszystko – nakarmiły i dały do co mogły do picia. Ich broń zasiliła nasze oddziały Mój brat Jurek też dostał jakiś przedpotopowy karabin (oddał go ktoś z oddziału i zafasował lepszy po Niemcu), do którego naboje trzeba było wsuwać po jednym, bo nie miał żadnego podajnika. Z tą bronią i z tym oddziałem poszedł na starówkę. Już go więcej nie widziałem. (Z informacji nadesłanej przez PCK wynika, że po powstaniu został wywieziony do obozu Gross Rozen Nr więźnia 40530 ; 15.02.1945 r. przesłany został do obozu koncentracyjnego Flossenburg Komando Leitmeritz Nr więźnia 88297, zmarł 23.02.1945 r.. Natomiast mnie, po nagłym opuszczeniu naszego rejonu przez oddziały powstańcze 7 albo 8 sierpnia zagarnęły mnie oddziały pacyfikacyjne SS. i Ukraińców z Oddziałów „RONA „ (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armia) . Mieliśmy dużo szczęścia, bo, po pierwszym impecie, kiedy wszystkich bez pardonu mordowali a domy palili, nas po wyprowadzeniu z domu zagoniono do rozbierania barykad i zasypywania rowów przeciwczołgowych w rejonie Leszno róg Wroniej. Trwała wtedy jeszcze wielka strzelanina czołgi, za którymi kryli się żołnierze, ostrzeliwały rejon ulicy Żytniej. Na noc zaprowadzono nas do kościoła św. Stanisława. Też miałem wielkie szczęście, tej nocy nie byłem wzięty na rozwałkę.

Wiele informacji zawartych w mich notatkach pochodzą z „Rysu Historycznego”, Który opracowali: Hm. Tadeusz Wiśniewski, Podharcmistrz Jerzy Zbroja i Tadeusz Szczęsny. Członkowie Stowarzyszenia Szarych Szeregów Ul „ Wisła „ w Warszawie Chorągwi Warszawskiej, Krąg „Reduta” Wydano w Warszawie w listopadzie 1992 r
Patrz też do poprzedniego wpisu Ludobójstwo na mieszkańcach Woli – HR

Czytaj więcej

Ludobójstwo na mieszkańcach Woli

Trzydzieści, czterdzieści, a może sześćdziesiąt tysięcy ofiar? Nie znamy nawet przybliżonej liczby. W
pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Niemcy dokonali ludobójstwa na cywilnych mieszkańcach Woli. Zbrodnia
ta nie doczekała się poważnych badań
Tekst z archiwum dodatku Plus Minus, sierpień 2009
Jeszcze życie toczyło się normalnie – na tyle, na ile to możliwe pod koniec piątego roku okupacji. Fryzjer na Okopowej strzygł i
golił brzytwą. Na Pańskiej krawcowa przyjmowała poprawki. W małej restauracyjce na rogu Spokojnej i Okopowej można było się
napić kawy. Ulicami jeździły furmanki, a Chłodną – nazywaną Marszałkowską zachodniej Warszawy – mknął tramwaj. Ale ludzie
wciąż mieli przed oczami to, co pozostało po getcie.
Czerwone budynki fabryk mieszały się ze skromnymi domami i kamienicami. Dla 11­letniego Wiesława Kępińskiego Wola była
całym światem. Mieszkał z rodziną w drewnianym domku naprzeciwko parku Sowińskiego, a w jego okolicy żyła cała rodzina.
W fabryce Franaszka nadal produkowano kolorowy papier. Kazimierz Franaszek, potomek powstańca styczniowego, pozostał
wierny dewizie: „U nas wszystko musi być najlepsze”. Podczas wojny wykorzystał to, że zakład nie przeszedł pod zarząd niemiecki,
więc wykonywał znakomitej jakości podrobiony papier ze znakami wodnymi na potrzeby Armii Krajowej. Regularnie wypłacał
pracownikom pobory, dbał o rodziny zabitych i więzionych, angażował się w wyciąganie ludzi z łapanek. Czuć było koniec wojny,
kiedy wybuchło powstanie. (więcej…)

Czytaj więcej

Zapomniane ofiary – Andrzej Dryszel

Przegląd Nr 40
Zapomniane ofiary

Dla ludności cywilnej powstanie warszawskie było piekłem i tragedią. Prawie 200 tys. zabitych, 650 tys. wygnanych z miasta

Oddziały AK zaczęły opuszczać Warszawę 4 października 1944 r., dwa dni po podpisaniu kapitulacji powstania. Relacje kronikarzy były zgodne – powstańcy nie sprawiali wrażenia przegranego, rozbitego wojska. Maszerowali w zwartym szyku, równo wybijając rytm o warszawski bruk. „Na prawo patrz! Stojący obok ksiądz błogosławił przechodzące oddziały. Szliśmy wyrównanymi czwórkami”, wspominał Stanisław Jankowski „Agaton”, dowódca plutonu w Batalionie „Pięść”. „Wychodziliśmy z podniesionym czołem, wojskowym krokiem. (…) Nie wyglądaliśmy na pokonanych i nie czuliśmy się pokonani. Tkwiła w nas świadomość, że dokonaliśmy czegoś wielkiego”, relacjonował Andrzej Janicki „Żuliński”, dowódca plutonu Kompanii „Warszawianka” Zgrupowania „Chrobry II”. (więcej…)

Czytaj więcej

Prawda czy rocznicowe pustosłowie?

Z bloga Waldemara Kuczyńskiego – warto przeczytać!

Prawda, czy Rocznicowe Pustosłowie?
środa, sierpień 1st, 2007

Słuchałem 1 sierpnia w “Poranku w TOK-u” rozmowy z Wiesławem Chrzanowskim o Powstaniu. Słyszałem mądry głos uczestnika. I słyszałem głos uczestniczki, która tonem piknikowym, jakby chodziło o udaną majówkę mówiła “jakie to były wspaniałe dni” i tak dalej. Tym, co stanęli do walki należy się szczególny szacunek. Ale szacunek nie może zamykać ust, a ja nie rozumiem piknikowego zachwytu kombatantki. Miała szczęście, przeżyła, ale jak można robić z Powstania wspaniałe dni, wiedząc, że kiedy po 63 dniach ludność opuszczała zburzoną stolicę została w niej wielotysięczna góra trupów, także trupów dzieci, którym nie dano przeżyć życia. Czy ta góra trupów, to atrybut wspaniałości? Czy ją można pominąć w szukaniu określeń dla powstańczych dni?

Jestem bardzo za tym, by pamięć o Powstaniu trwała, ale nie tylko pamięć z 1 Sierpnia, lecz nie słabsza pamięć z października. Dzień dzisiejszy, pamięć o tych co walczyli, o cywilach, co ginęli tuż przed końcem strasznej wojny, i dzieciach, co dopiero zaczęły oglądać świat, to właściwy moment w roku, by mówić nie tylko o bohaterstwie czynu, ale i o szaleństwie decyzji. Inaczej dwieście tysięcy śmierci będą oprawą dla rocznicowego pustosłowia i bezmyślności. Pierwszy Sierpnia fałszuje prawdę o Powstaniu, jeśli zapomina się o pamięci z jego końca. I tak się dzieje od dwu lat. Niech będą Wielkie Uroczystości, ale niech będzie w nich prawda, a nie sztampa, w jaką zmieniono tę rocznicę. Niech będzie, musi być pamięć o entuzjazmie ulicy warszawskiej w godzinie “W”, ale niech będzie też pamięć o niewyobrażalnym cierpieniu, jakie sprowokowała decyzja czterech generałów, kierujących się patriotyzmem, ale nie mądrością. Rok temu zrobiłem wpis tego właśnie co dziś dnia. Powtarzam go:
(więcej…)

Czytaj więcej

Wspomnienie z Powstania Warszawskiego

Poniżej zamieszczam relację pani Wandy Łokietek-Borzęckiej z tego, co przeżyła podczas Powstania Warszawskiego. Harcerki, o których tam mowa, to moje koleżanki z klasy, ze Szkoły Powszechnej nr 100 przy ulicy Młynarskiej w Warszawie. Dziś jest rocznica opisanych tu wydarzeń. Publikuję to w hołdzie dla moich koleżanek i ku przestrodze dla potomnych.

5 sierpnia 1944 roku, szpital św Łazarza na Woli

W czasie okupacji na Ulrychowie przy ulicy Ks. Janusza została utworzona drużyna harcerska im. Emilii Plater. Drużynową naszą była druhna Wanda D., jej przyboczną – Zdzisława K., w której to mieszkaniu był punkt zborny wyposażenia sanitarnego i lekarstw. Należałam do zastępu „Wód”. Wybrałyśmy to godło dlatego, że w naszej wyobraźni „Wody” powinny być czyste i bystre na wszystko, co się wokół nas dzieje. Każda z nas posiadała swój pseudonim jak: Zdzicha „Strumyczek”, ja „Rzeka” (wszystkich nie pamiętam).

Praca nasza polegała na szkoleniu się sanitarnym i szkoleniu łączniczek. Na zbiórkach przerabiałyśmy bandażowanie i przenoszenie rannych oraz miałyśmy za zadanie rozprowadzać tajny kolportaż prasy.
(więcej…)

Czytaj więcej